Showing posts with label addiction. Show all posts
Showing posts with label addiction. Show all posts

Sunday, 20 October 2013

My private 'choc-tail' party

Prawie rok temu pisałam o mojej słodkiej wizji świata (czyli wizji z punktu widzenia osoby, która myśli żołądkiem ;)). Stwierdziłam, że świat jest tak naprawdę bardzo prosto skonstruowany: dzieli się na ciasteczkowych potworów i czekoladoholików. 

Nearly a year ago I was writing about my sweet vision of the world (it means a vision from the viewpoint of the person who thinks using stomach pretty often ;)). It has occurred to me that the world is at bottom really simply constructed: it is divided into cookie monsters and chocoholics. 

I o ile mnie pamięć nie myli, już Wam opisywałam moje liczne czekoladowe romanse (tak, tak, zaliczam się do tej drugiej grupy ;)), dlatego dziś będzie o moim nie tak dawnym odkryciu, o książce, która mam nadzieję odmieni oblicze mojego... piekarnika? :p

If my memory serves me right, I have been describing you my numerous chocolate romances (bang on, I count among this second group ;)), that is why I have decided that today I am showing you my latest swag, a book that will change (at least I hope so) the visage of my... oven? :p



Ghirardelli... mówi coś Wam ta nazwa? Miłośnikom czekolady powinna :) Jest to jedna z najstarszych i najbardziej znanych manufaktur czekolady w Stanach, której wyroby kusiły mnie po prostu na każdym kroku i pod każdą postacią podczas mojej ostatniej podróży (szczególnie w San Francisco). Nic w tym dziwnego, w końcu Domingo Ghirardelli, młody, włoski praktykant, wyjechał ze swoimi słodkimi marzeniami właśnie do San Francisco i tam rozpoczął swoją czekoladową przygodę. 
Kiedy podczas mojego pobytu w SF zwiedzałam dziesiątą z rzędu manufakturę, fabrykę, pijalnię czy sklep... (oczywiście wszystko czekoladowe), ujrzałam ją - 'The Ghirardelli Chocolate Cookbook' i już wtedy wiedziałam, że dzięki niej życie moje i moich znajomych stanie się dużo bardziej słodkie niż dotychczas :) 

Ghirardelli - does it ring the bell? What is your first association? If you are a chocolate lover and you don't know what is going on... you should fell deep shame! This is one of the most famous and oldest chocolate company in the USA whose products were alluring me simply wall-to-wall and in every form during my latest trip (especially in San Francisco). It is not surprising, at last Domingo Ghirardelli, a young Italian apprentice, followed his sweet dreams precisely to San Francisco and his chocolate adventure began there. 
When during my stay in SF I was visiting (for the umpteenth time) chocolate manufacture, pump room, factory, store and so on... I could see it - 'The Ghirardelli Chocolate Cookbook' und at this very moment I have already known that thanks to this very book my and my friends life becomes much sweeter than before :) 

A co byście powiedzieli na 'choc-tail' party? Czyli imprezę, w której główną rolę odgrywa właśnie nasza bogini czekolada...;) Wszyscy 'uzależnieni' oddają jej cześć poprzez przemienianie jej w nieziemskie desery, poprzez próbowanie, smakowanie, delektowanie się jej wyglądem, smakiem, zapachem, fakturą... Zamiast pochłaniać bezmyślnie tonę czekolady, spróbujcie zabawić się w smakoszy, a co tam, zaciągnijcie się po prostu czekoladą! ;)

Are you looking for a new way to make parties more memorable and special? Host a 'choc-tail' party! I mean a kind of a meeting in which the chocolate goddess plays the leading role ;) You are gathering entirely around chocolate... and all 'addicted' worship the goddess transforming her into a plenty of amazing chocolate desserts, savouring her with all their senses, admiring her appearance, aroma, texture, flavor... Instead of shifting a tonne of chocolate, try to fell like a real gourmet, simply pull at chocolate! ;) 



Dzisiaj pierwszy z przepisów z mojej czekoladowej Biblii i to zarówno dla czekolado- jak i ciasteczkoholików :)

Today I am showing you the first recipe from my chocolate Bible, not only for the choco- but also cookieholics :) 

Ultimate double chocolate cookies 
(for 24 cookies)

360 g czekolady gorzkiej (60% lub więcej kakao / 2 cups bitter chocolate chips (at least 60% cacao)
6 łyżek stołowych niesolonego masła/ 6 tablespoonfuls unsalted butter
3 duże jajka/ 3 big eggs
200 g cukru/ 1 cup sugar (or less ;))
40 g mąki/ 1/3 cup all-purposed flour
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia/ 1/2 teaspoonful baking powder
360 g czekolady mlecznej/ 2 cups milk chocolate chips 

Rozpuszczamy gorzką czekoladę w kąpieli wodnej, mieszając do momentu aż będzie płynna i aksamitna. W dużej misce ubijamy za pomocą miksera jajka z cukrem na gęstą i puszystą masę, następnie dodajemy delikatnie do rozpuszczonej czekolady cały czas mieszając. W małej miseczce mieszamy mąkę razem z proszkiem do piecznia i dodajemy razem z wcześniej pokrojoną na małe kawalki mleczną czekoladą do czekoladowej masy. Wszystko bardzo delikatnie mieszamy. Następnie dzielimy miksturę na dwie cześci i z każdej za pomocą folii kuchennej kształtujemy dwa walce o średnicy 5 cm i długości około 20 cm. Ciasto może być miękkie, dlatego owijamy je dość mocno folią, żeby zachowało kształt walca. Następnie zchładzamy przynajmniej godzinę, aż mikstura stężeje. Rozgrzewamy piekarnik do 190 stopni Celsjusza i wykładamy blachę papierem do pieczenia. Schłodzone ciasto odwijamy z folii i za pomocą ostrego noża kroimy na 2 cm plasterki, które na blasze układmy w odległości 3-4 cm od siebie. Pieczemy przez 12-14 minut, do momentu aż wierzch będzie chrupiący a wnętrze ciągle płynne. Odkładamy do ostygnięcia. Można je przechowywać w szczelnym pojemniku przez tydzień, ale... szczerze mówiąc nie zobaczycie już ich następnego dnia ;) To gwarantuję! :)

Melt the bitter chocolate chips and butter in a heatproof bowl over barely simmering water, stirring occasionally until smooth. In a large bowl, beat the eggs and sugar with an electric mixer until thick; stir in the chocolate mixture. In a small bowl, stir together the flour and baking powder; stir into the chocolate mixture. Gently mix in the chocolate chips. Using a sheet of plastic wrap, form the dough into two logs, each 2 inches in diameter and about 8 inches long. Because the dough will be quite soft, use the plastic wrap to hold the dough in the log shape. Wrap tightly; refrigerate for at least 1 hour or until firm. Preheat the oven to 375 degrees Fahrenheit. Line a cookie sheet with parchment paper. Unwrap the dough. With a sharp knife, cut the dough into 3/4-inch slices. Place the slices 1 and 1/2 inches apart on the prepared cookie sheet. Bake for 12 to 14 minutes, until a shiny crust forms on the top of the cookies but the interior is still soft. Let cool on the cookie sheet. Then remove from the cookie sheet with a metal spatula. Store in an airtight container at room temperature for up to one week. But frankly speaking you will be probably forced to bake them next day as well ;)

Photos, backing:  Weronika Kowalczyk,  Oleszka  

Saturday, 23 March 2013

The ageless kid (Lego, Barbie and snow dessert ;))

Raz na jakiś czas odkrywam przed Wami moje coraz to liczniejsze uzależnienia czy dziwactwa. Chyba przyszedł czas na kolejne... ;) Po pierwsze muszę się przyznać, że jestem strasznym, okropnym, wręcz patologicznym zbieraczem. Tak było zawsze i obawiam się, że już mi tak zostanie (lepiej nie wspominać o moich mało udanych próbach zostania minimalistką ;)).

Once in a while I bring one of my numerous weirdnesses in light. Now it's time I told you about others ;) Firstly I should admit that I'm a real gatherer. Since I've remembered I had been collecting many different things and I'm afraid that I will be such a gatherer for ever (it's better not to mention about my trying to be a minimalist ;)). 

Hin und wieder erzähle ich Euch von meinen zahlreichen merkwürdigen Interessen. Es ist die höchste Zeit gekommen, Euch mein weiteres Geheimnis zu verraten. Erstens muss ich gestehen, dass ich eine echt schreckliche Sammlerin bin. So war es immer gewesen und ich fürchte, es bleibt dabei (von meinen Proben, Minimalistin zu werden, will ich Euch lieber nicht erzählen ;)).

Po drugie, mimo już bardzo zaawansowanego wieku (niedługo 18) nie zamierzam wkraczać w żadną dorosłość! Oficjalnie buntuję się i zostaję wiecznym dzieckiem! ;) Zakładam, że mało kto w tym wieku potrafi spedzić cały dzień w towarzystwie tylko i wyłącznie klocków Lego. Mało kto buduje sobie całe miasto z klocków Lego i umieszczam swoich znajomych w tym świecie... 

Secondly, despite my really serious age ( nearly 18) I'm not planning to become an adult. I'm in revolt and I become an ageless kid! I think that not so many people my age could spend the whole day sitting on the floor and playing with Lego bricks. Not many people build a big city from bricks and then place friends in this Lego world...

Zweitens, obwohl ich schon nicht mehr so klein bin (bald werde ich 18), habe ich auf gar keinen Fall vor, erwachsen zu sein. Ich leiste Widerstand und bleibe ein Kind für immer! ;) Ich schätze, dass es für kaum Leute in meinem Alter interessant wäre, den ganzen Tag über mit Legosteinen zu verbringen. Kaum jemand baut sich eine Stadt aus Legosteinen auf und stellt dort seine Bekannten hin…

This is me in my Lego world...


…and these are my friends ;)







Jedno jest pewne, dzięki Lego mam swój mniejszy, równoległy świat. Te klocki są na całe życie, jeśli w dzieciństwie je pokochałeś, zostaną już z Tobą na zawsze. Wcześniej zbierałam i układałam zestawy Harrego Pottera. Teraz dorosłam! Układam zestawy 16+ ;)

It's a safe bet, that thanks Lego I have got a smaller, parallel world of my own. These bricks are for the whole life, if you fall in love with these bricks in your childhood, they will stay with you for ever. Earlier I used to array Harry Potter's bricks, but now I became an adult! I'm arraying Lego 16+ ;)  

Eins steht fest: dank Lego habe ich meine eigene kleine parallele Welt. Die Legosteine sind für das ganze Leben lang da. Wenn jemand sie als Kind geliebt hat, bleibt er ein großer Legofan für immer. Früher habe ich mit Lego Harry Potter gespielt. Heute bin ich etwas älter und wähle Lego 16 +  ;)

Księżniczki Disney'a to całe moje dzieciństwo i żadna dziewczynka mi nie powie, że nigdy nie chciała być księżniczką. Ja pragnęłam być, a najbardziej małą syrenką Arielką (szczerze mówiąc to cały czas chce ;)). Z tej całej mojej miłości do księżniczek rozwinęła się nowa, może nawet poważniejsza miłość, do lalek. Może dla niektórych lalka to tylko zawsze tak samo wyglądający kawałek plastiku, ale dla takich miłośników (kolekcjonerów!) jak ja, każda lalka jest inna, wyjątkowa. Można powiedzieć, że wstąpiłam w szanowny krąg kolekcjonerów od kiedy zaczęłam zbierać Barbie z certyfikatami (tylko dla wtajemniczonych - barbiecollector.com ;)). 

When I'm thinking about my childhood... My first thought? Of course Disney's princesses! ;) I'm sure that every little girl wants to become a princess, me obviously too. I've desired to be Ariel, the little mermaid (frankly I want even now ;)). I loved all these princesses and that's probably the reason why I've fallen in love with dolls. And I must say this is the much more serious love. Maybe for many people a doll is only a piece of plastic, but for such dolls fanatics (collectors) as me each doll is completely different, unique. I became such a collector since I've collected dolls with certificates (only for a magic circle - barbiecollector.com ;)). 

Disney-Prinzessinen sind meine ganze Kindheit und kein Mädchen sagt mir, es wollte nie eine werden. Ich wollte immer die kleine Nixe Arielle werden (ehrlich gesagt träume ich immer noch davon ;)). Meine brennende Liebe zu allen Prinzessinnen hat zur noch größeren Liebe zu den Puppen aller Art geführt. Manche Leute sehen Puppen nur als ein Stück Plastik an, aber für solche Puppenliebhaberin (Sammlerin) wie ich ist jede Puppe ganz besonders. Man kann sagen, dass ich eine echte Puppensammlerin geworden bin, als ich begonnen habe, Puppen mit den Zertifikaten zu sammeln (nur für Kenner - barbiecollector.com ;)). 

All my certificates… ;)

Mam tylko cichą nadzieję, że pod koniec życia nie obudzę się cała zasypana przez moje klocki i lalki ;)

I live in a hope that when I become very old I won't wake up one day covered with my bricks and dolls ;)

Ich hoffe, am Ende meines Lebens wache ich nicht auf, von Millionen Puppen und Legosteinen überschüttet ;)

'The Guardian' odnalazł w jednej ze starych brytyjskich książek kucharskich przepis na 'śniegowe ciastka'. Zaintrygował mnie ten deser, dlatego (jako że wiosna rozpieszcza nas białym puchem) zdecydowałam się wypróbować owy przepis, jest bardzo prosty ;)
Składniki:
- świeży, puszysty śnieg
- mąka kukurydziana
- masło
- syrop klonowy
- pestki dyni
- foremki

Wykonanie:
Śnieg dzielimy na porcje i obficie obtaczamy w mące. Szybko wkładamy do foremek, a następnie do piekarnika rozgrzanego do 250 stopni i pieczemy około 15 minut, aż wierzch się zarumieni. Gotowy deser polewamy rozpuszczonym masłem, syropem klonowym i pestkami dyni. 
Smak? Zaskakujący ;) 

'The Guardian' discovered in one of old British cookery books a recipe for 'snow cookies'. This recipe interested me so I decided to try it (maybe you've noticed that spring coddles us with snow…). 
Ingredients:
- fresh and puffy snow
- cornflour
- butter
- maple syrup
- pumpkin seeds
- pastry cases

Performance:
We portion snow out and toss in the flour. We put our cookies quickly in pastry cases and then into oven. It should be warmed into 250 deg. We bake our dessert for about 15 minutes, until the top starts to brown. We glaze the prepared dish with melted butter, maple syrup and pumpkin seeds. The taste? It's truly surprising ;)

'The Guardian' hat in einem alten englischen Kochbuch ein Kochrezept für 'Schneekekse' gefunden. Ich fühlte mich davon angesprochen und beschloss, dieses einfach klingende Rezept auszupobieren ;)
Zutaten:
- trockener, lockerer Neuschnee
- Maismehl
- Butter
- Ahornsirup
- Kürbiskerne
- Förmchen

Zubereitung:
Man teile den Schnee und paniere ihn mit Mehl. Man lege unser Dessert schnell in Förmchen und dann in den Backofen, der auf 250 Grad vorgeheizt werden soll. Man backe das Dessert 15 Minuten, bis es von oben knusprig wird. Das fertige Dessert begieße man mit Butter, Ahornsirup und Kürbiskernen. Der Geschmack? Wirklich überraschend ;)

dress – Miu Miu, ring - Swarovski



Photos: Marilyn, Mamulka, Oleszka

Tuesday, 29 January 2013

Magiczne pudełko i życie od razu staje się prostsze! :)




W większości moich postów dotyczących jedzenia (właściwie to w każdym :P) piszę, że gotowanie to sztuka, która daje radość i przyjemność, łączy ludzi. Dla mnie uosobieniem ideału kucharza (i nie tylko :)) jest Nigella Lawson. Ona gotuje i przede wszystkim je z prawdziwą pasją, z dziecinną radością, jest przy tak zmysłowa, kobieca, urocza, ale nigdy wyzywająca. Oglądanie jej programów naprawdę uzależnia :P Nigella jest oczywiście niepodważalną boginią, ale Jamie Oliver też nie jest mi obojętny ;) Kiedy widzę go zbierającego śliczne, ekologiczne marchewki czy inne cuda natury w swoim ogrodzie i potem gotującego coś prostego i nieziemskiego, wtedy życie od razu staje się lepsze. Kocham go za jego podejście do jedzenia i walkę (w dużej mierze udaną!) ze śmieciowym jedzeniem w brytyjskich szkołach. Żeby moja święta trójca była kompletna brakuje tylko Gordona Ramsaya. Wiem, że czasami wydaje się okrutny, ale jego pasja i zaangażowanie są niewyobrażalne, a kunszt po prostu onieśmiela...


W idealnym świecie przygotowywałabym sobie i innym codzienne idealne śniadania, obiady, kolacje i inne posiłki, ale nie oszukujmy się, życie większości z nas wygląda trochę inaczej. Mi cały dzień zapełnia szkoła i milion dodatkowych zajęć, więc gotuję dopiero po 23 ;P 



Mimo wszystko chcę udowodnić, że w dzisiejszym zabieganym świecie, gdzie jesteśmy cały dzień poza domem, nie mamy czasu na nic, naprawdę nie jesteśmy zdani tylko na gotowe, śmieciowe jedzenie, fastfoody czy zapiekanki z budki. Oto parę moich pomysłów na przetrwanie dnia tylko z jedzeniem na wynos, zrobionym w domu:
-  Przygotowywanie jedzenia najlepiej zacząć dzień przed, a nie rano. Nie oszukujmy się, o poranku nie ma czasu na nic, lepiej zjeść wtedy śniadanie. 
- Całe te gotowanie nie zajmuje więcej niż 30 minut, to chyba nie za dużo? ;)
- Potrzebne będą specjalne plastikowe lub szklane zamykane pojemniczki, w których można wygodnie wszystko przetrzymywać przez cały dzień.
- Najlepiej na początku zrobić sobie podział i wszystko uporządkować. Moje przykładowe kategorie:
1. surowe warzywa i owoce
2. rzeczy opakowane, gotowe
3. kanapki
4. danie główne
5. drobne przekąski
- Kiedy wszystko już rozplanujemy to bierzemy się do pracy! ;)
1. W doborze warzyw i owoców obowiązuje tylko jedna zasada - sezonowość. Takie warzywa i owoce mają mniej chemii i na pewno są o wiele smaczniejsze. O tej porze roku wybór mamy dość ubogi, ale dla chcącego nic trudnego ;) W sezonie zimowym z owoców wybieram jabłka, pomarańcze, mandarynki, grejpfruty czy banany, natomiast z warzyw - marchewki, papryki, cykorie, awokado... Pamiętajmy, że codziennie potrzebujemy kilku porcji surowych warzyw i owoców!
2. Oczywiście wolałabym jeść tylko nieprzetworzone składniki, ale nie zamierzam generalizować, że wszystko co gotowe jest złe, niektóre takie produkty mogą być wartościowe. Ostatnio przekonałam się do słoiczków dla małych dzieci (np. Hipp), są to zazwyczaj musy owocowe z dodatkiem jogurtu, twarożku czy kleiku orkiszowego. Są przeznaczone dla małych dzieci dlatego nie zawierają żadnej chemii czy dodatkowego cukru. Jak dla mnie są bardzo smaczne i idealne na drobną przekąskę. Poza tym przepadam też za musami z owoców do wyciskania (np. Gogo Squeez). Oczywiście gotowe są też jogurty, ale naprawdę nakłaniam do tych naturalnych. Po co te dodatkowe ulepszacze skoro każdy sam może "doprawić" swój jogurt ;) W lecie dodałabym do niego pyszne, pachnące maliny czy truskawki, ale teraz muszę się zadowolić jogurtem z bananem, płatkami orkiszowymi, orzechami włoskimi, rodzynkami...
3. W kanapkach wszystkie chwyty są dozwolone, ale trzeba przestrzegać jednej podstawowej zasady - pieczywo tylko pełnoziarniste! Ważne też, żeby pamiętać o jakimś zielonym wkładzie - od czego mamy różne gatunki sałat i świeże zioła :) 
4. Danie główne na wynos powinno być: szybkie, łatwe, smaczne na zimno i zdrowe. Dlatego jak dla mnie możliwości jest mnóstwo ;) Powinno mieć przede wszystkim bazę - kaszę gryczaną, ryż, pęczak, makaron i tylko od nas zależy co do tej bazy dodamy. Ja zawsze dodaję mnóstwo gotowanych, duszonych czy smażonych warzyw. Wszystko dodatkowo łączę serem i doprawiam ziołami. Ale możemy też dodać kawałki kurczaka. Każdy dokłada to co lubi :) Makaron z jakimś prostym pesto też jest według mnie fajnym pomysłem. Oczywiście nie musimy ograniczać się tylko do jednego głównego dania. Ja jeszcze przygotowuję sobie coś lżejszego, ale także sycącego. Może to być jakaś sałatka. Dla mnie podstawą każdej sałatki są pomidory, oliwki, kapary, oliwa z oliwek, ocet balsamiczny, różne świeże i suszone zioła i potem dodaję to na co mam akurat ochotę - jakiś ser (parmezan, mozzarellę), szynkę parmeńską, czy tuńczyka lub sardynki z puszki (kolejne gotowe produkty które toleruję ;)) Pamiętajcie możliwości jest mnóstwo, bądźcie kreatywni! :)
5. Pod hasłem drobne przekąski kryją się różne produkty, które dobroczynnie wpływają na nasz mózg, czyli - orzechy (włoskie, laskowe, ziemne, brazylijskie, nerkowce, migdały), suszone owoce (morele, śliwki, figi, truskawki, rodzynki, nasiona (słonecznika, dyni), kiełki, kawałek czekolady (ale minimum 70% kakao, można się przyzwyczaić ;))


Jedzenie co prawda mamy, ale o napojach też nie można zapominać. Zawsze proponuję wodę, ale rozumiem, że niektórzy jej nie trawią ;P Dlatego sugeruję picie soków, najlepiej świeżo wyciskanych. Te kupne, niejednodniowe, nawet jeżeli mają 100% owoców są niestety pasteryzowane, przez co tracą większość witamin. Pasteryzacja działa tylko dobrze na sok pomidorowy, po przetworzeniu jest w nim więcej likopenu (substancja, która działa zbawiennie na nasz organizm :)). Dlatego gorąco polecam sok pomidorowy! Ja najbardziej lubię sok marchwiowo, jabłkowo, cytrynowy. Trzeba przy tym pamiętać, że do większości soków warzywnych musimy dodać przynajmniej kroplę oliwy, ponieważ dużo witamin w nich zawartych rozpuszcza się tylko w tłuszczach. Jeżeli nie macie możliwości robienia samemu takich soków poszukajcie soków jednodniowych, naprawdę warto :) 








Różowy pojemnik - jogurt z bananem, płatkami owsianymi, orzechami włoskimi i rodzynkami, czekolada (73% z zieloną herbatą), suszone truskawki, orzechy włoskie, rodzynki
Niebieski pojemnik - pokrojone, surowe jabłko, marchewka, papryka i cykoria
Zielony pojemnik - sałatka z pomidorami, oliwkami, kaparami, sardynkami, oliwą z oliwek, octem balsamicznym, suszonymi ziołami i świeżą bazylią
Pomarańczowy pojemnik - smażona kasza gryczana z kawałkami papryki, pomidorów, brukselki i marchewki, z dodatkiem parmezanu, doprawiona ziołami
Poza tym - mandarynki, banany z twarożkiem (Hipp), mus z owoców (Gogo Squeez)


Koszula – Abercrombie&Fitch, sweter – Benetton, bransoletka – Les Néréides


Mój wywód był straaasznie długi, ale jeżeli choć jednej osobie trochę pomogłam to było warto :) Smacznego i wytrwałości! :)


fotograf: Oleszka/Mamulka

Friday, 28 December 2012

Postanowienia noworoczne, maski i krewetki...

Nie da się ukryć, nowy rok już zaraz nadejdzie, a z nim coroczne postanowienia... Ja nigdy nic sobie nie obiecywałam (jestem za leniwa ;P), ale skoro większa część ludzkości takowe postanowienia robi, to przecież nie mogę być gorsza! ;P W końcu uzależnień mi nie brakuje (już o niektórych pisałam - melony, zielona herbata i woda kokosowa), więc w imię zmiany mojego życia na lepsze mogę z czegoś zrezygnować.




Ci z Was, którzy znają mnie osobiście, wiedzą jaka jest moja największa słabość, a właściwie znak rozpoznawczy - guma do życia. Nie jestem jakimś tam pospolitym "gumożujem", można powiedzieć, że jestem gumowym smakoszem. Gumy były w moim życiu od zawsze, ale dopiero od około trzech lat stały się moją... pasją? Niektórzy tańczą, niektórzy zbierają znaczki, a ja kolekcjonuję gumy ;) Każda moja podróż do nowego miejsca zaczyna i kończy się w supermarkecie, gdzie penetruję wszystkie półki w poszukiwaniu nowych, niezwykłych smaków. Do tej pory jeszcze żaden kraj nie przebił USA, absolutnego raju dla przeżuwaczy, gdzie w każdym nawet najmniejszym sklepie wybór gum po prostu powala, od tradycyjnych smaków po te nietuzinkowe - ciastko cytrynowe, czekoladowa muffinka i tym podobne. Chiny też mnie zaskoczyły bardzo pozytywnie: duży wybór, ciekawe opakowania, dodatkowo papierki w środku do wyżutych gum i czasami dość oryginalne smaki - np. ogórkowy. Cała Europa zachodnia reprezentuje raczej  podobny poziom, wybór jest dość duży, ale smaki mało innowacyjne ( chociaż czasami te najprostsze są najlepsze ;)). Jeżeli chodzi o gumy to na pewno warto jeszcze wspomnieć o Rosji, gdzie "gumożuje" także znajdą różne perełki - np. smak cynamonowy czy waniliowy.




Samo w sobie kolekcjonowanie gum nie byłoby wcale takie złe gdyby nie fakt, że ja te wszystkie gumy wyżuwam i to nałogowo! Doszłam do momentu, w którym wyżuwałam gumy bez opamiętania, jedna za drugą, kolejne opakowania... i najgorsze było to, że żaden smak mnie w pełni nie satysfakcjonował, po prostu wszystko już mi się "przeżuło"! Byłam już prawie na dnie i wtedy powiedziałam sobie dość. Nie rzucałam żucia powoli, etapami, po prostu pewnego dnia przestałam żuć i tyle, ale... przeszłam na cukierki, dropsy (oczywiście bez cukru, z witaminami, wręcz zdrowotne ;P).




Nie wiem czy w sumie mój odwyk się opłacił, bo jeden nałóg zamienił się w dwa, ale przynajmniej teraz mogę badać rynek "kieszonkowych" cukierków ;) 
Trzymajcie za mnie kciuki w nowym roku, bo ta góra gum i cukierków w moim pokoju trochę mnie kusi...


Bluzka – Forever21

fotograf: Oleszka/Mamulka
Żeby nowy rok mógł nadejść to zazwyczaj przedtem musi być sylwester. Dotychczas mój zawsze wyglądał raczej podobnie. W ramach buntu przeciw tej całej zabawie zostawałam w domu i kładłam się o 10, ciesząc się, że jestem taka buntownicza i alternatywna…;P Ale w tym roku (wstyd się przyznać) pierwszy raz niestety złamię swoje święte zasady i będę jak jakiś przeciętny człowiek świętować całą noc. Cały czas trudno mi się z tym pogodzić…, a dla Was moje zamaskowane zdjęcie w Soho Factory – trochę taki sylwestrowy klimat ;)

fotograf: Asia 

A jak już przeżyjemy wszyscy sylwestra i nadejdzie nowy rok to trzeba coś zjeść… ja proponuję krewetki w curry z ananasem i ryżem po tajsku – szybko, zdrowo, pożywnie i przede wszystkim pysznie! ;) 

Krewetki w curry z ananasem

Składniki:
- 375 g krewetek tygrysich
- 400 g pokrojonego w kostkę ananasa
- 1 posiekana cebula
- 2 posiekane ząbki czosnku
- 1 cm posiekanego imbiru
- 1 posiekana dymka
- 1 filiżanka mleczka kokosowego
- 1 łyżka curry
- 1 łyżeczka kurkumy

Przygotowanie:                                                                                   
Mieszamy i gotujemy mleczko kokosowe z curry, kurkumą, ananasem, imbirem, czosnkiem i cebulą (około 10 minut). Pod koniec gotowania dodajemy wcześniej przygotowane, obrane krewetki i gotujemy jeszcze całość przez kilka minut. Po około 4 minutach krewetki są już różowe, a danie gotowe do podania. Podajemy udekorowane posiekaną dymką.

Ryż po tajsku

Składniki:
- 300 g ryżu Basmati
- 1 drobno pokrojona cebula
- 3 pokrojone w plasterki ząbki czosnku
- 2-3 cm posiekanego imbiru
- 1 posiekana gałązka trawy cytrynowej
- 50 ml białego wina
- 500 ml wody
- Oliwa z oliwek
- Szczypta anyżu gwiazdkowego
- Szczypta curry
- Szczypta kurkumy
- Sól i pieprz

Przygotowanie:                                                                                                               

Cebulę i czosnek podsmażamy na oliwie z oliwek. Dodajemy imbir, trawę cytrynową, curry, kurkumę i ryż. Całość uzupełniamy białym winem i wodą. Gotujemy około 4 minuty. Przyprawiamy do smaku solą i pieprzem. Odstawiamy na bok pod przykryciem na 20 minut.



Smacznego! ;)


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...