Showing posts with label fashion. Show all posts
Showing posts with label fashion. Show all posts

Wednesday, 20 August 2014

Everybody deserves the second chance; everything, as well

I don't know if anyone remembers that this blog was supposed to be about fashion. I am reminding you about that very fact because looking at some previous posts... you can probably be given an opposite impression.

Nie wiem czy ktoś jeszcze pamięta, ale ten blog miał być o modzie. Tak tylko przypominam, bo patrząc parę.. paręnaście postów wstecz można chyba odnieść inne wrażenie. 

All in all I've been externalising on my blog for so many times that I assume that another sob story shouldn't surprise anyone.
Yes, we've crossed swords with each other. Me and fashion. When? Almost a year ago insult of injury was added. Who is to blame and for what reasons? For various ones, these more or less trivial. But probably the main cause was my resentment, because in the majority of cases exploring a particular issue brings greater and deeper understanding, sometimes you even happen to get a glow of satisfaction, but in my very case fashion was becoming bigger and bigger disappointment.

W sumie moje uzewnętrznianie się na blogu objawia się w coraz większym nasileniu, więc kolejna łzawa historia nie powinna być dla nikogo zaskoczeniem. 
Tak, pokłóciłyśmy się. Ja i moda. Kiedy? Prawie rok temu czara goryczy przelała się.  Z czyjej winy, z jakich powodów? Z różnorakich, tych bardziej i mniej błahych. Jednak chyba główną przyczyną było moje rozżalenie, bo o ile w większości przypadków zgłębianie jakiegoś tematu przynosi większe zrozumienie, może nawet satysfakcję, o tyle w miarę upływu czasu moda stawała się dla mnie coraz większym rozczarowaniem. 


I like beauty. Such a moving confession, everyone does like. However, it means for everybody something else. Since my early childhood I've been sounded by countless amount of books concerning art and beauty in various contexts. On many occasions I've been given various albums with paintings or photographs. And always the same theme has cough my attention, namely - a woman. Every different, non-ideal, but interesting in her own way, according to me each expressed the beauty in a pure form.

Lubię piękno. Też wyznanie, każdy lubi. Jednak dla każdego znaczy ono co innego. Od małego byłam otoczona niezliczoną ilością książek poświęconych sztuce i pięknu. Na przeróżne okazje dostawałam rozmaite albumy z obrazami czy fotografiami. I zawsze moją uwagę przykuwał ten sam motyw - kobieta. Wszystkie inne, nieidealne, ale interesujące na swój sposób, każda wyrażała dla mnie piękno w czystej postaci. 

And I stick to this very beauty definition till now. Fashion was just the next step, because where else than in this world of vanity I could have found more beauty? If you still don't fully understand my definition of beauty, let me explain it to you shortly. It's not just a woman on her own, but her overall image. Fashion was for me a kind of art that glorifies women and put her on a pedestal. So I stepped into this mysterious world of fashion and .. yes indeed - there was a lot of beauty, but beauty which overeats pretty quickly. Because there the moment comes when a form is not sufficient any longer and you just want more. Fashion as the product can be wrapped really in a very fine, impressive way. Let us admire the package then. 

I ta definicja piękna została mi do dziś. Moda była po prostu kolejnym etapem, bo gdzie indziej niż w tym świecie próżności mogłam znaleźć więcej piękna? Jeśli ktoś nie do końca rozumie mojego sposobu pojmowania piękna to już wyjaśniam. Nie chodzi tylko o kobietę samą w sobie, ale jej całościowy wizerunek. Moda była dla mnie czymś w rodzaju sztuki, która gloryfikuje i stawia na piedestale właśnie kobietę. Tak więc wkroczyłam w tę tajemniczą krainę jaką jest moda i... tak owszem - piękna tam było co niemiara, ale piękna, które niestety bardzo szybko się przejada. Bo przychodzi taki moment kiedy forma przestaje wystarczać i chce się czegoś więcej. A moda jako produkt daje się świetnie opakować. Podziwiajmy więc opakowanie.

skirt - poprostu? (label says so), top - Forever21, shoes - Benetton, bracelet - Swarovski
However, I have to emphasise that fashion didn't meet my expectations, not because it is disappointing itself. I would never dare to say so. Unfortunately, I have a tendency to idealise various things and set (myself, other people, everything ...) too high standards. Therefore fashion conceived by me as a kind of sublime art had no right to defend. 

Jednak muszę podkreślić, że moda nie spełniła moich oczekiwań nie dlatego, bo sama w sobie jest rozczarowująca. Tego nigdy nie odważyłabym się stwierdzić. Mam niestety skłonność do idealizowania różnych rzeczy i stawiania (sobie, innym, wszystkiemu...) zbyt wysokich wymagań. Dlatego moda pojmowana przeze mnie jako rodzaj wzniosłej sztuki nie miała prawa się obronić. 

But back to my argument. I had two choices: turn away from fashion forever or try to rediscover it. I've chosen the second option and I do hope I will not regret it (at least too soon). I've decided to be a part of this shallow, vain however so colourful and much promising world of fashion (because I perceive it in that way) but still and only on my terms.

Wracając jednak do mojej kłótni. Miałam dwa wyjścia: już na zawsze porzucić modę lub spróbować odkryć ją na nowo. Wybrałam drugą opcję i mam nadzieję, że nie będę żałować. Zdecydowałam, że chcę być częścią tego pustego, próżnego lecz jakże barwnego świata (bo tak go jednakowoż postrzegam), ale jednak na moich warunkach.


I don't want to write too much today because I know perfectly well that if I develop a topic, the post will get naughtily too long. There are many (too many) fashion topics that are close to my heart (I would prefer them to be less numerous, I would sleep more calmly at least ;)). Therefore, next posts will be more specific and substantive. Today I only let you know that we (me and fashion) gave ourselves a second chance and we are on speaking terms. 

Nie chcę się dzisiaj rozpisywać, bo wiem, że jak już rozwinę jakiś wątek to post zrobi się nieprzyzwoicie długi. A tematów modowych, które leżą mi na sercu jest zdecydowanie za dużo (naprawdę wolałabym, żeby było ich mniej, przynajmniej spałabym spokojniej ;)). Dlatego w kolejnych postach będzie bardziej konkretnie i merytorycznie. Dziś tylko daję znać, że ja i moda dałyśmy sobie drugą szansę. 

shorts, blazer - Pinko, top - American Apparel, bracelet - Swarovski 
Photos: Asia
Place: An old gas board, Warsaw

Sunday, 2 February 2014

My London impressions part 2

Zapraszam Was na drugą część moich londyńskich wrażeń. Już nie będę pisać żadnych wstępów, bo post sam w sobie i tak jest zdecydowanie za długi (czyli w sumie wyszło jak zwykle ;)). 

Let's watch the second part of my London impressions. I'm not going to write any introductions, because today's post is on its own far too long (all in all it came out as always ;)).

Zacznijmy od Portobello Road, czyli miejsca wręcz idealnego dla wszelkiej maści zakupoholików czy może raczej miłośników 'grzebania'. Tak, to tutaj znajduje się ten sławetny pchli targ i po prostu zatrzęsienie różnych sklepów vintage. Ech... Niestety nie dane mi było spokojne przejrzenie tych wszystkich perełek, ponieważ mój plan był dość napięty i nie przewidywał całego dnia zakupów. Ale przynajmniej przeszłam się po tej uroczej okolicy (tak, to tam są te kolorowe domki (te z 'Notting Hill') przy których każdy robi sobie zdjęcia, w tym ja :P) i dodatkowo zza chmur wyszło słońce. Było naprawdę pięknie :)

Let's start our journey from the Portobello Road, the place almost ideal for all kinds of shopaholics or rather lovers of various clutter but of course these unique ones. Here you can find this famous flea market and heaps of different vintage shops. Aargh... unfortunately, I wasn't able to browse reviewing thoroughly all these knick-knacks, because my schedule was pretty tight and it didn't project the whole day shopping. But at least I walked around this charming area (yes, there are those colorful houses (those in 'Notting Hill') at which each takes pictures, including me obviously :P) and the sun was out as well. It was a really beautiful stroll :)



Skoro już jesteśmy w temacie można powiedzieć 'handlowym', to chciałabym poruszyć jeszcze jedną ważną dla mnie kwestię. Jestem osobą, która niestety lubi w pewien sposób kategoryzować, systematyzować, szukać najróżniejszych powiązań i tak dalej..., i właśnie dlatego od pewnego czasu próbuję określać różne kraje/nacje pod względem tego w czym są najlepsze, czym wybijają się na tle innych. Czy na przykład kreatywność jest ich mocną stroną czy dobrze sprawdzają się w skomplikowanej produkcji, precyzyjnym wykonaniu albo czy może w liczbie odkryć naukowych biją inne na głowę. A jacy są Ci Brytyjczycy? Co zadecydowało o sukcesie Londynu? Według mnie odpowiedź jest prosta. Po prostu handel. Tak, to właśnie Londyn cały czas jest największym centrum finansowym świata i jakby nie patrzeć to Brytyjczycy mieli największy wkład w tworzeniu innych miejsc, w których codziennie przewijają się fortuny. Mam tu na myśli takie miasta jak Nowy Jork, Hongkong czy Singapur.
A według Was jaki czynnik zadecydował o sukcesie Londynu: uwarunkowanie geograficzne, historia, system rządów czy może najmłodsza gospodarka wolnorynkowa? A może to po prostu żyłka mieszkańców do interesów? ;) 

Since I have begun a topic, in a way 'commercial', I would like to bring up one important issue for me. Unfortunately I am a person who is fond of categorizing systematizing, looking for some interrelations and so forth... and that's why for some time I've been trying to define different countries/nations in terms of what they are good at, what makes them standing out from the crowd. Is the creativity their long suit? Are they good at the complicated production, precise execution? Or maybe they top other countries in a number of scientific discoveries. And how can you describe the British? How has London achieved success? According to me, the answer is really simple. Just trade. Yes, London is still the largest financial center in the world and after all the British have made the greatest contribution to the creation of other places where everyday real fortunes are cropping up. I mean cities such as New York, Hong Kong or Singapore.
And according to you, which factor has contributed to the success of London the most: the geographical conditioning, history, system of government or perhaps the youngest free-market economy? Or maybe it's just the business acumen of the residents? ;)

Cocomaya, 12 Connaught St, London, W2 2AF

W pierwszej kolejności chciałabym podziękować mojemu mistrzowi: Maciejowi Listwan a polecenie mi tego cudownego miejsca :) Ta przeurocza, mała piekarnio-cukiernia umiliła mi pewien londyński poranek. Samo miejsce jest po prostu śliczne. Przytulne, dyskretne, z przemiłą obsługą, wręcz idealne na nieśpieszną poraną kawę (w moim przypadku herbatę ;)) oczywiście z dodatkiem jakiegoś pysznego wypieku! :) 

Firstly I would like to thank my master: Maciej Listwan for recommending me this wonderful place :) This charming, small bakery-patisserie has brightened one of my mornings in London. The place is absolutely lovely! So cozy, discreet, with lovable service, ideal for deliberate half-day coffee (in my case tea ;)) of course with some delicious baking! :



A teraz bardzo mi przykro, znowu będę pisać na temat jedzenia, ale o takim miejscu po prostu nie można nie wspomnieć! Paxton & Whitfield - najstarszy brytyjski sklep z serami i wyrobami mlecznymi, założony w 1742, wybrany przez królową Viktorię na królewskiego dostawcę - to po prostu istny raj dla każdego smakosza serowego. Poza tym słowa Winstona Churchilla 'A gentleman buys his cheese only at Paxton & Whitfield' mówią chyba same za siebie :) Zresztą same odniesienie do dżentelmenów nie jest tutaj przypadkowe. Paxton & Whitfield znajduję się na bardzo znanej (przynajmniej w niektórych kręgach) ulicy -Jermyn Street, na której każdy prawdziwy brytyjski dżentelmen znajdzie coś dla siebie. Koszule, spinki, buty, marynarki, cygara, szelki, brzytwy do golenia..., a wszystko doskonałej jakości, sprzedawane przez stare, brytyjskie, uznane marki (takie jak Turnbull & Asser albo Thomas Pink). Wiem, że jestem płci przeciwnej, ale jestem zakochana w męskich koszulach, muszkach, krawatach i innych podobnych dodatkach... Ech, ten dreszcz na widok pięknej jedwabnej podszewki albo prawdziwej brytyjskiej koszuli z grubej bawełny... nie macie czegoś takiego? ;) 

I do fell sorry, I will write again about the food, but this place is really worth mentioning! Paxton & Whitfield, which is the oldest British cheese and dairy product shop, founded in 1742, chosen on the Royal Warrant holder by Queen Victoria, is simply a paradise for every cheese gourmet. In addition, the Sir Winston Churchill's words: 'A gentleman buys his cheese only at Paxton & Whitfield' say it all :) Anyway, the reference to the gentleman isn't accidental. Paxton & Whitfield is located in a very well-known (at least in some circles) Jermyn Street, in which every true British gentleman can find something for himself. Shirts, cufflinks, shoes, jackets, bracers, cigars, razors for shaving... and all of excellent quality, sold by old, British brands (such a Turnbull & Asser or Thomas Pink). I know I'm the opposite sex, but I'm simply fond of men's shirts, dicky bows, ties and other similar things ... Ah, have you ever felt a thrill of excitement at the sight of a beautiful silk lining or a true British shirt made of thick cotton... or maybe I'm a little weird? ;)

San Carlo Cicchetti, 215 Picasilly | Picadilly Circus, London, W1J9HL

Zważywszy na fakt, że jestem jednak czasami w miarę dobrą córką, pierwszego dnia pozwoliłam mojemu tacie wybrać restaurację (no dobrze, po prostu wiedziałam, że to będzie strzał w dziesiątkę ;)). Ech, co tu dużo pisać. Wszystko było absolutnie boskie... Ja jak zwykle ('rybomaniaczka') zamówiłam kolejne danie rybne do kolekcji i nie zawiodłam się. Lekkie, włoskie przekąski także zadowoliły moje podniebienie, ale chciałabym jeszcze wyjątkowo wspomnieć o pewnym zwykłym/niezwykłym szpinaku, który zamówiłam dodatkowo do dania głównego. Bo na jego przykładzie doskonale widać czym jest kwintesencja kuchni włoskiej. Zwykły, ale niezwykły, bo to przecież w prostocie tkwi siła. Szpinak był tak świetnie doprawiony, że chyba nigdy wcześniej nie jadłam lepszego. Miejsce świetne, klimatyczne, z miłą obsługą i oczywiście Włosi są właścicielami (tak, teraz już wszystko wiadomo... ;)). Gorąco polecam! :) 

Taking into consideration the fact that I am sometimes (but very rarely :P) a good daughter, the first day I let my dad choose the restaurant (okay, I just knew it would be a hit ;)). Eh, what can I say... Everything was absolutely divine... As always I ordered a fish dish (as a real 'fish-freak') and I wasn't disappointed. My palate was delighted by other Italian snacks as well. But I would also like to mention an ordinary/extraordinary spinach which I ordered as a sidedish to the main course, because it is an excellent example of the quintessence of the Italian cuisine. Plain, but unusual, because very often the simplier the better. The spinach was prepared so well I have never eaten better. The place has a great climate, friendly staff and of course the Italians are the owners (yes, yes, now everything is obvious... ;)). I highly recommend this very restaurant! :)



Jamie's Italian, Covent Garden 11 Upper St Martin's Lane, London, WC2H 9FB

Już kiedyś na blogu przyznałam się do mojej gorącej miłości do Jamiego, dlatego będąc w Londynie absolutnie musiałam odwiedzić jedną z jego licznych restauracji. Nie planowałam, że to będzie akurat ta restauracja. Po prostu pewnego wieczoru byliśmy bardzo głodni, a ona nagle ukazała się naszym oczom i... tak tak była włoska (czynnik decydujący). Może to przez godziny szczytu, tłok albo moje zbyt wysokie wymagania, ale niestety restauracja Jemiego jakoś nadzwyczajne mnie nie zachwyciła. Nie mogę powiedzieć, że była zła... po prostu przeciętna. Włoskie pasty, drobne przekąski, ryba, owoce morza - wszystko było w miarę dobre, ale nie wyśmienite czy jakoś wyjątkowo wysmakowane. Poza tym mimo przyjemnej atmosfery czułam się delikatnie zaniedbywana przez obsługę, co było zapewne spowodowane sporą ilością innych gości. Podsumowując, nie było jakoś bardzo źle, ale też nie wybitnie dobrze, grunt, że programy, książki, PRZEPISY Jemiego cały czas trzymają poziom :) 

I have already acknowledged on the blog my passionate love for Jamie and that's why having been in London I absolutely had to visit one of his restaurants. I haven't planned that it would be precisely this very restaurant, but one evening we were sooo hungry, and this restaurant suddenly appeared and... it was the Italian one (a deciding factor ;)). Maybe it was because of the rush hours, crush or my too high expectations, but unfortunately the Jamie's restaurant hasn't ravished me, not al all. I cannot say that it was bad... simply average. The Italian pastas, snacks, fish, seafood - everything was good, but not superb or extremely delicious. Moreover, despite of the pleasant atmosphere I felt slightly neglected by the service  what was probably caused by a large number of other guests. Summing up, the restaurant was nor very bad neither great, but the most crucial thing is that the programmes, books, RECIPES of Jamie keep the level all the time :)


Union Street Café, On the Corner of Great Suffolk Street & Union Street (47-51 Great Suffolk Street), London, SE1 0BS

Zaskoczę Was. Zgadnijcie na jaką kuchnię zdecydowaliśmy się ostatniego dnia...Tak, dobrze! Włoską! ;) Tym razem to ja wybierałam i nieskromnie przyznam, że to był absolutny strzał w dziesiątkę. Można co prawda nie przepadać za Gordonem, ale nigdy nie powinno podważać się jego kulinarnych zdolności, bo są po prostu wybitne. Oczywiście, że to jest tylko kolejna z jego baaaardzo licznych restauracji, ale naprawdę trzyma poziom godny samego Gordona. Wszystko, zarówno wnętrze jak i obsługa, ach... i jeszcze jedzenie było absolutnie doskonałe. Smak, podanie, faktura potraw były na naprawdę najwyższym poziomie. Powiedziałabym, że to prostota kuchni włoskiej w połączeniu z pewną niespodzianką, czymś nieoczywistym dawały taki efekt. W każdym razie to była chyba najlepsza restauracja z całego wyjazdu, więc naprawdę bardzo, bardzo gorąco polecam! :) 

I will surprise you. Guess which cuisine we chose the very last day... Yeah, right! The Italian one! ;) This time it was me who has decided which restaurant to go to and I have immodestly to say that it was an absolute bull's eye. Although you don't have to be keen on Gordon, but you should never undermine his culinary abilities, because they are simply outstanding. Of course, this restaurant is just another one of plenty of his restaurants, but it does keep the level worthy of the Gordon. Everything, both interior and service... and at last but never the least the food was absolutely excellent. The taste, appearance, texture of dishes were really top-level. I would say that the simplicity of Italian cuisine combined with some surprise, something not obvious gives such an effect. In any case, it was probably the best restaurant of the entire trip, that's why I recommend it very very much :)



Wiadomo, że skoro Design Museum zdecydowało się wziąć na warsztat twórczość Paula Smitha to musiało powstać z tego jakaś wyjątkowa wystawa. Może najpierw przedstawię Wam Paula, bo nie wiem czy wszyscy go kojarzycie. Hmmm... pewnie każdy z Was kojarzy kratkę Burberry, a czy różnokolorowe paski coś Wam mówią? Bo to jest właśnie znak rozpoznawczy Paula Smitha, baaaardzo brytyjskiego projektanta, który znany jest ze swojej miłości do klasyki, ale z jakąś nieoczywistą niespodzianką, np. do klasycznego garnituru różowe skarpetki, do marynarki jakiś kolorowy guzik albo jakaś szalona podszewka... styl określany jako: 'classic with a twist'. Smith zaczynał pod koniec lat 70-tych, a jego pierwszy sklep miał około 3 metrów kwadratowych. Projektant nigdy nie robił niczego na siłę, po prostu pracował i jak sam mówi miał to szczęście, że znalazł równowagę pomiędzy sprzedażą kolekcji do sklepów na całym świecie, prowadzeniem własnego sklepu i dodatkowo niezależną twórczością. A   do samej wystawy to trzeba przyznać, że jest bardzo kolorowa, pozytywna i inspirująca jak sam projektant. Design Museum świetnie wszystko przygotowało przede wszystkim od strony wizualnej. Pokój, cały obwieszony obrazami, robi wrażenie, tak samo zresztą pracownia, w której pracuje Paul. Poza tym możemy podziwiać także kolekcje projektanta, zdjęcia z magazynów oraz różne inne mniej lub bardziej prywatne przedmioty. Sama wystawa skupia się przede wszystkim na odczuciach wizualnych i estetycznych, nie jest to może ekspozycja, która jakoś niesamowicie poszerzy naszą modową wiedzę, ale na pewno wywoła uśmiech i zainspiruje :)

One thing is certain: if the Design Museum decided to get down to the Paul Smith's work, it must arise a really unique exhibition. Firstly I will present you Paul, because I'm not sure whether everyone knows him. Hmmm.. probably all of you associated British fashion with Burberry checker, but do multicolored stripes connote you something? Because this is the hallmark of Paul Smith: soooo British designer, who is known for his love of the classics, but with some non-obvious surprise, for example: a classic suit with bright-pink socks, a jacket with one colorful button or a crazy lining ... style described as 'classic with a twist'. Smith has started his carrier in the late 70s, his first store was about 3 square meters big. The designer has never done anything by force, just worked and as he has said, he is lucky to have found a balance between selling the collection to the stores all around the world, running his own shop and additionally freelance work. Coming back to the exhibition I must admit that it is so colorful, positive and inspiring as the designer himself. Design Museum has focused most of all on the visual side of the exhibition. A room which is entirely hung with paintings impresses, much like the atelier where Paul works. Besides, we can also admire the designer collections, photos from magazines and other more or less private objects. The exhibition focuses primarily on visual and aesthetic feelings. Maybe it isn't a kind of an exposition which broadens incredibly our knowledge about the fashion, but it definitely inspires and evokes a smile :)





'Club to catwalk London fashion in the 1980s', Victoria and Albert Museum 

Zacznę o tego, że niestety nie mam zdjęć z tej wystawy, bo jakiekolwiek fotografowanie było zabronione :/ A te które widzicie poniżej są z stałej ekspozycji, przedstawiającej w skrócie wszystkie epoki w historii mody. Wszystko ładnie i przejrzyście pokazane. Dla osób, dopiero zaczynających swoją przygodę z modą, jest to fajne przypomnienie. Natomiast sama wystawa o modzie lat 80-tych jest absolutnie świetnie przygotowana. Zarówno część wizualna jak i merytoryczna. I co dla mnie najważniejsze - poznałam wiele nowych nazwisk świata mody z tamtego okresu, różne ciekawostki i w końcu najistotniejsze: zobaczyłam lata 80-te z punktu widzenia londyńczyków i londyńskich klubów. Jak to wszystko na siebie nawzajem oddziaływało i jak wreszcie stało się bardzo prężnie rozwijająca się gałęzią brytyjskiej gospodarki, o czym zresztą mówiła sama Margaret Thacher. Naprawdę warto zobaczyć tę wystawę i polecam jeszcze książkę (nazwa taka sama jak wystawa), którą można kupić tam na miejscu w muzeum. Rozjaśnia wiele rzeczy i pozwala lepiej zrozumieć wystawę :) 

Unfortunately, I don't have photos from this very exhibition because taking any shoots there was prohibited :/ And those ones that you can see below present the permanent exhibition which is showing all epochs in the history of fashion at a glance. I would say that everything was shown pretty attractively and clearly. For the people who have just started their adventure with fashion, this very exhibition is a nice reminder. And the target exhibition about the fashion of the 80s is absolutely great prepared. Both the visual and substantive part. And what is the most important to me - I've got to know a lot of new names of the fashion world from that period, some tidbits of news and in the end the most crucial: I have seen years of the 80s from the point of view of Londoners and London clubs. How it all interacted with each other and how the fashion has finally become a very fast growing sector of the UK economy, as Margaret Thatcher has said. This exhibition is really worth visiting and I also recommend the book (a title is the same as the name of the exhibition) you can buy there on the spot in the museum. It brightens a lot and help you understand better the exhibition :)


W tym samym muzeum udałam się jeszcze na wystawę 'Masterpieces of Chinese Painting' , ale polecam ją tylko takim chińskim maniakom jak ja. Moi rodzice, którzy jednak preferują sztukę Zachodu byli trochę znudzeni, za to ja zachwycona! ;) // In the same museum I also visited an exhibition 'Masterpieces of Chinese Painting', but I recommend it only to such Chinese freaks as me. My parents, who rather prefer the Western art, were a little bored, but I was thrilled! ;)

Już kończę, bo post jest chyba rekordowo długi. W każdym razie mam nadzieję, że moje wskazówki będą dla kogoś przydatne podczas jego pobytu w Londynie :) Już Was żegnam i do zobaczenia wkrótce (może z jakiś cieplejszych rejonów? ;)). // I'm finishing this very post because it is probably exceptionally long. In any case, I do hope my tips will be useful for someone during their stay in London :) Goodbye and see you soon (maybe in some warmer areas? ;)).

Photos: Oleszka/Mamulka
Place: London, United Kingdom

Monday, 11 November 2013

Coat addiction during wintertime ;)


Przyszedł czas by się pochwalić na blogu moją pewną nową umiejętnością :) Trzy ostatnie tygodnie wakacji spędziłam w niezwykle uroczym towarzystwie maszyny do szycia. Czyli (jak nietrudno się domyślić) brałam po prostu udział w kursie szycia dla początkujących. Głównym powodem zapisania sie na ten kurs był mój obłęd w oczach, kiedy po odpadnięciu guzika kompletnie nie wiedziałam co mam (ze sobą, z guzikiem, z igłą, z nitką... ze wszystkim) zrobić :p

It is high time I crowed about my brand new skill on my lovely blog :) The last three weeks of my vacation I spent being accompanied by a really quaint sewing machine. As you can suppose, I was participating in a sewing course for beginners. The main reason of having taken part in that very course was the madness in my eyes when after having fallen off of a button I didn't completely know what to do (with me, the button, a thread, a needle... simply with every little thing) :p 

A tak bardziej poważnie, było mi po prostu wstyd, że choć rozpowiadam wszystkim, że interesuję się modą, wszystkimi jej aspektami, to nie mam zielonego pojęcia na temat procesu powstawania ubrań. 
Kurs przebił moje oczekiwania, bo zakładałam, że będę potrafiła szyć. Potrafię. Ale to doświadczenie nauczyło mnie wbrew pozorom czegoś ważniejszego niż samej sztuki szycia (bo nie ulega wątpliwości, iż to jest sztuka). 
Na samym początku prowadząca kurs powiedziała, że nie jest krawcową tylko czarodziejką i że my też zostaniemy czarodziejkami. I choć początkowo samo określenie wydawało mi się trochę śmieszne, to teraz jestem przekonana, że osoby zajmujące się produkcją ubrań, mają jakieś nadprzyrodzone moce ;) Naiwnie myślałam, że wystarczy trochę wyobraźni, zdolności, ewentualnie dobrych chęci i już można projektować ubrania a potem je szyć. Jednak nie, to niestety nie jest takie proste. Cały proces powstawania ubrań to współpraca wielu utalentowanych ludzi. Zanim papierowa wersja stanie się rzeczywistą kreacją, musi przejść jeszcze wiele innych etapów. Tu każdy milimetr, każdy kąt, każda linia jest ważna, konstytucji ubioru człowiek uczy się latami.

And now more seriously, it was shaming that though I claim that I am interested in fashion, in all its aspects I haven't got the slightest idea about the process of making clothes.
I must say that the course has topped my expectations, because I assumed that after it I would be able to sew. And I really am. But this experience has taught me something more, not only the art of sewing (there is no doubt that it is really the art).
At the beginning of the course our teacher said that she wasn't a sewer but a real enchantress and that we would became enchantresses as well. Although first this definition seemed to be a little bit ridiculous, now I am truly convinced, that people who create clothes have some supernatural powers ;) I was a fond believer that some imagination, skills and best will would be enough to design and then sew clothes. But not, it isn't unfortunately so easy. The whole process of making clothes is the collaboration of many gifted people. Before a paper version becomes this real target cloth, it has to go through many steps. Every millimetre, every angle, every line is important, the construction of clothes you have to learn through years, truly long ones.

Jestem teraz w kropce. Moje już w miarę ukształtowane 'modowe' poglądy kłócą się z tym co widziałam, czego doświadczyłam na kursie. Jako przeciwniczka masowej produkcji chciałam walczyć o lepszą jakość, o przyszłość dla małym firm, które wcale nie aspirują do pozycji tych światowych. Chciałam by wrócił bezpośredni kontakt między klientem a producentem, by ten cały łańcuszek pośredników radykalnie się skrócił. 
Teraz jednak widzę, że masowa produkcja w branży odzieżowej jest tym czym produkcja taśmowa wprowadzona przez Forda. Obie zmieniły świat. Na lepsze czy na gorsze? To na pewno zależy od punktu widzenia, ale wydaje mi się, że patrząc obiektywnie przeważają jednak zalety. Można się denerwować, że jakość nie taka, że ubrania niewymiarowe, że wszystkie takie same, że produkowane w nieludzkich warunkach i tak dalej... Ale prawda jest taka, że dzięki produkcji w wielkich fabrykach z nowoczesnymi maszynami, gdzie każdy pracownik wykonuje tylko jedną konkretną czynność, koszty redukują się kilku- a nawet kilkunastokrotnie. Gdyby jedną rzecz miała od początku do końca wykonać tylko jedna konkretna krawcowa, to nawet nie wyobrażam sobie jak bardzo jej cena musiałaby wzrosnąć. Nie wspominając już o wcześniejszych etapach w produkcji ubrań, to samo szycie jest niesamowicie czasochłonną i trudną czynnością. Podczas kursu udało mi się uszyć trzy rzeczy - sukienkę, marynarkę i spodenki, doskonale pamiętam jak żmudna i skomplikowana była to praca (chociaż teraz za żadne skarby nie oddałabym tych rzeczy ;)). Można się oburzać, że nawet marki luksusowe przestawiły się na masową produkcję, ale czemu tu się dziwić skoro dzięki zaawansowanym technicznie maszynom ubrania są produkowane opłacalniej, poza tym samo wykonanie często jest lepsze od wykonania rzeczy produkowanych ręcznie.

Now I am in a fix. My reasonably formed 'fashion' views conflict with the things I have seen and experienced during the course. As an opponent of the mass production I wanted to strive for better quality, for the future of small brands which don't aspire to become global ones. I wanted the return of this direct contact between the customer and the manufacturer, and the abridgement of the middlemen chain. 
But now I am aware of that plain fact that mass production has the same influence on the fashion industry as Henry Ford's revolution on automobile one. Both of them have changed the world. But into better or worse? It depends obviously on the point of view, but looking objectively I think that advantages outweigh. You can keep complaining that the quality is bad, clothes are unsuited, all of them are pretty the same, produced in inhuman conditions and so on and so forth... But the truth is that thanks to producing in these really large factories with modern machines, where every employee does one particular activity, costs can be incredibly reduced. If a single sewer produced the whole item of clothes from start to finish, then (it is even hard to imagine how much) the price would have to rise. Even without mentioning about earlier steps of producing clothes, the sewing itself is tremendously hard and time-consuming. During my course I managed to sew three items - a dress, shorts and a jacket. I can recall perfectly well how strenuous and complicated that work was (but know I wouldn't give them away for quids ;)). You can resent that even luxurious brands have shifted gear on the mass production. But it comes as no surprise since thanks to advanced technically machines the clothes are produced more profitable and what's more the workmanship of them is often better than these handmade products. 

coat - Max Mara, jumpsuit - Guess by Marciano 
Szycie na miarę, małe manufaktury, współpraca projektanta z klientem to rozwiązania piękne, ale nie na skalę globalną. Niestety nic nigdy nie jest czarno-białe i warto o tym pamiętać gdy po raz kolejny chce się coś skrytykować. Bardzo wdzięcznym tematem do narzekania jest polska moda. Że nijaka, że nieświatowa, że nigdy się nie wybije, że za droga, że w zasadzie tylko kopiujemy od lepszych w branży. Moje nastawienie do polskiej mody też nie było nigdy zbytnio entuzjastyczne, lecz teraz trochę zmieniło się. Dostrzegam zarówno jej dobre jak i złe strony, ale przede wszystkim staram się zrozumieć tych wszystkich (zazwyczaj młodych) projektantów. Polska to kraj trudny i niewdzięczny jeśli chodzi o rynek mody. I nic w tym dziwnego, moda polska jest tak samo młoda jak polska demokracja i tak jak nie mamy jeszcze rozwiniętej kultury politycznej, tak nasza 'modowa tradycja' zaczyna dopiero raczkować. Obie strony są w trudnej sytuacji. Polski konsument nie może zrozumieć dlaczego ma przepłacać za jakąś polską markę skoro może kupić to samo w jakiejś sieciówce za niższą cenę. A jeśli już może sobie pozwolić na wydanie większej sumy to zamiast polskiej woli kupić jakąś światową markę, która zapewni mu dodatkowo prestiż społeczny. Natomiast polski producent/projektant choćby bardzo chciał to po prostu nie może obniżyć cen, ponieważ nie pozwalają mu na to koszty produkcji. Produkuje na małą skalę, bo krąg klientów jest mały, a taka produkcja jest niestety mało opłacalna. Kiedy uda mu się znaleźć sponsorów, klienci są oburzeni, bo przecież 'sprzedał' swoją niezależność. Wniosek jest jeden - na razie jest trudno. Ale jednocześnie z roku na rok jest coraz lepiej. Na szczęście nie brakuje w Polsce młodych entuzjastów, ktorzy chcą odmienić polski rynek mody. 

Tailor-made clothes, small family manufactures, the cooperation of the client and the manufacturer - these solutions are really beautiful but unfortunately not for the global scale. Nothing is only in black and white and it is worth remembering that when again you feel like criticising something. One of the good themas for complaining is the Polish fashion industry. The most popular blames against it: dull, featureless, unable to push itself forward, too expensive, only able to copy other better brands. My attitude towards Polish fashion has never been overenthusiastic, but now some things have changed. I can see both good and bad sides of it, but most of all I'm trying to understand all of these (usually young) designers. Poland is a really hard and invidious country for the fashion industry. But it comes as no surprise, Polish fashion is equally young as Polish democracy and as our political culture is backward, our 'fashion tradition' has just begun crawling. Both sides are on the rack. Polish consumer is unable to understand why he has to pay through the nose for a Polish brand since he can buy something similar in any high-street shop for a much lower price. And if he can afford to spend more money then he will choose a global brand instead of Polish one, mostly because of the social prestige. And a Polish manufacturer/designer (even if he does want) can't reduce prices because of too high production costs. He produces on a small scale, because his clients circle is small. And such a way of producing is unfortunately uneconomic. When he succeeds in finding sponsors, consumers will resent him of doing it saying that he has 'sold' his independence! The conclusion is simple: for now it is hard. But at the same time year by year it is becoming better and better. Luckily we can't complain of a lack of young enthusiasts who are eager to change the Polish fashion industry. 


Szczerze mówiąc te całe powyższe wyżalenia miały być tylko wstępem do dzisiejszego posta. Ale jak zwykle wyszło inaczej ;) Miało być o płaszczach, takich miękkich, ciepłych, ogromnych. O tym, że są jedynym jasnym punktem w tym całym mroźnym i ponurym zimowym czasie ( oczywiście oprócz miesiąca przed świętami i samymi świętami ;)). No nic, idę opatulić się w płaszcz i wyruszam na poszukiwanie kolejnych niepowtarzalnych ozdób choinkowych (taaak, to jest moje kolejne uzależnienie i na dodatek niebezpiecznie, bo w zeszłym roku moja choinka przewróciła się od nadmiaru bombek ;)).

Frankly speaking all these confessions mentioned above were to be an introduction to my today post. But as always it has come out completely differently :) I was to write about coats, these soft, warm, silken ones which are the only one bright spot during this frosty and dark wintertime ( the only exception is the month before Christmas and the Christmastime of course ;)). Ok, I'm wrapping myself in one of my favourite coats and I'm setting off for searching for other inimitable, striking Christmas decorations (yes, this is my another addiction and additionally very dangerous one - last year my Christmas tree fell over because of an excess of Christmas balls ;)).  

coat - Hugo Boss, shirt - Tommy Hilfiger, necklace - vintage shop in LA, trousers - Zara, shoes - Vince Camuto
 Place: Warsaw,  environs of Hoża Street  
Photos:  Weronika Kowalczyk, Sebastian Zieliński

Friday, 4 October 2013

Hostel 'Fabryka'

Wiecie co najbardziej lubię w podróżach? Ktoś kto mnie dobrze zna odpowie zapewne - jedzenie ;) Ale jest coś jeszcze. W każdym nowym miejscu, który uda mi się odwiedzić, najbardziej fascynującym dla mnie aspektem są ludzie. Ich emocje, zachowania, zwyczaje, stroje, dziwactwa, uśmiech... dosłownie wszystko. Jestem takim bezczelnym podglądaczem, który chce zatrzymać chwilę, czy to w pamięci czy na fotografii. W podróży czuję, że się rozwijam, świadomie czy nawet podświadomie poszerzam swoje horyzonty, zaczynam rozumieć więcej. Specyfikę danego miejsca można poznawać na różne sposoby. Żaden nie jest lepszy czy gorszy, po prostu każdy inaczej odbiera otaczający nas świat. Dla mnie kluczem do poznania jest przede wszystkim kuchnia danego regionu oraz wygląd tamtejszej ludności. O kuchni, gotowaniu i wszystkim z tym związanym dzisiaj już się nie rozpisuję (jak może niektórzy zauważyli wałkowałam już ten temat w paru poprzednich postach ;)). Natomiast chciałabym sprecyzować czym jest dla mnie wspomniany wyżej wygląd. Według mnie są to wszystkie bodźce, które można wychwycić bez bezpośredniego kontaktu z daną osobą czy grupą osób. Jest to mowa ciała, zapach, nie tylko strój, ale i sposób jego noszenia. Wszystkie te drobne detale pozwalają zrozumieć lepiej człowieka czy daną społeczność. Podejście do siebie, do innych ludzi, lęki, oczekiwania, inspiracje... to jest dla mnie moda, czyli po prostu ludzie. 

Do you know the thing I love the most about travelling? People, who are going back with me, would probably answer that it is cuisine ;) But you should know that this is not enough. For me the most fascinating side of discovering new places are the people. Their emotions, behaving, habits, a dress, weirdnesses, smiles... to be exact nearly everything. I am such a shameless 'peeper' who simply wants to keep the moments, either in the memory or in the picture. When I am travelling I feel that I am the whole time on the move, consciously or even subconsciously I broad my mind and knowledge, I understand more and more. You can get to know the character of the place in various ways. None of them is better or worse, every person receives differently the world surrounding us. For me the key to recognition is most of all the cuisine of the particular region and the looks of the local people. Today I am not going to write volubly about the cuisine, cooking and so on (maybe some of you have already noticed that I have been rolling this very topic in many of my previous posts ;)). Instead of it I would like to precise what this above mentioned looks actually is. For me these are all the impulses you are able to get without a direct contact with the particular person or a group of people. This is a body language, a smell, not only a dress, but also the way of wearing. All these small details enable you to understand better a man, a society. An attitude to yourself and towards other people, fears, expectations, inspirations... for me this is the fashion, simply people. 

Kiedy po jakiejś podróży wracam na dłużej do domu, zaczyna mi brakować tej ciągłej nowości. Tracę tę cudowną ciekawość ludzi i świata, ten zmysł 'podglądacza'. I wiecie co? Stwierdziłam, że jest jestem idiotką. Mieszkam we wspaniałym, choć niedoskonałym, często nierównym, ale naprawdę inspirującym mieście - Warszawie. Dzięki paru cudownym osobom odkryłam, że warto poświęcić uwagę temu co pozornie wydaje się oczywiste, takie codzienne, a wcale takie nie jest. Postanowiłam powoli poznawać Warszawę, krok po kroku odkrywać jej tajemnice. Na początek Praga i nieoczekiwane zdjęcia w hostelu 'Fabryka'. Zwykłe wejście do jakiegoś budynku może być początkiem jakiegoś nowego doświadczenia, przygody, znajomości... w każdym razie ja poznałam nowe oblicze Pragi, bezpośredniość i otwartość jej mieszkańców. Wniosek? Nigdy nie tracić ciekawości, naprawdę nigdy i nigdzie. 

It is always the same, like after my last travel. Hardly had I returned home after it when I started to miss this unbroken feeling of novelty. I have lost this marvellous curiosity of the world and people, this sense of 'peeper'. And do you know what? I have come to a conclusion that I am an idiot. I am living in a great, but not so flawless, often unequal, but truly inspiring city - Warsaw. Thanks to same wonderful people it has occurred to me that it is really worth spending some time on seemingly obvious and everyday things. I have decided to get to know Warsaw, step by step uncover its secrets. At the beginning - the Warsaw Praga and unexpected photos in the hostel 'Fabryka'. An usual entry to a building could be a beginning of a new experience, adventure or acquaintance... anyway I have known a totally new visage of Praga, a simplicity and frankness of the local people. The conclusion? You should never lose your curiosity, never ever, I say it and I mean it. 


Sweater - Benetton, shorts - made by Oleszka, shirt - Tommy Hilfiger, necklace, hat - Forever21, watch, bag - Michael Kors, shoes - Ecco







Skirt, hat - Forever21, top - American Apparel, jacket - H&M, shoes - Guess by Marciano

 Place: Praga, hostel 'Fabryka'  
Photos:  Weronika Kowalczyk, Sebastian Zieliński

Wednesday, 1 May 2013

Judith and the Head of Holofernes

Dziś rocznica, minął dokładnie rok od pierwszego postu na tym blogu. Wypadałoby trochę podsumować ten czas, napisać jakieś refleksje..., ale to chyba niepotrzebne. Chcę po prostu podziękować wszystkim tym, którzy mi pomagają i doceniają to co robię. Bez Was nie byłoby tego bloga :) Jestem wdzięczna za te wszystkie niezapomniane chwile, zabawne sytuacje, miłe słowa, nowe doświadczenia, umiejętności, znajomości... za wszystko to, co dało mi prowadzenie tego bloga :)

Today I celebrate the first anniversary of setting up this blog. I know perfectly well that I should have summed up this special period of time, written something more..., but this is simply unnecessary. What I only want to do is to thank my friends who stay always by my side, eager to help me and appreciate my work. Without you this blog couldn't exist :) I'm really grateful for all these unforgettable moments, funny situations, nice words, new experiences, skills, acquaintances... for everything what this blog gives me :)

Heute feiere ich den ersten Jahrestag, ich führe mein Weblog schon seit einem Jahr. Es wäre schön, wenn ich diese spezielle Zeit ein bisschen zusammenfassen würde... aber ehrlich gesagt ist das unnötig. Ich möchte nur allem, die immer bereit sind, mir zu helfen und meine Arbeit richtig einzuschätzen, danken. Ohne Euch wäre mein Blog nie entstanden :) Ich bin wirklich dankbar für alle diese unvergesslichen Momente, komischen Situationen, netten Worte, neuen Erfahrungen, Fertigkeiten, Bekanntschaften... für alles, was dieses Blog mir gegeben hat :)


Już jakiś czas temu pojawił się na blogu post z chustą w roli głównej. Jak widać, od tamtej pory już na dobre zrezygnowałam z bluzek i teraz chodzę tylko i wyłącznie w chustach ;p

Some time ago I showed on my blog a post with a scarf playing the main role. As you can see, since that time I have resigned to wear blouses completely! Now I'm wearing only scarves ;p

Vor einiger Zeit habe ich eine Notitz mit einem Tuch in der Hauptrolle gemacht. Wie ihr sehen könnt, habe ich seitdem schon ganz und gar auf Blusen verzichtet und jetzt trage ich nur Tücher ;p


A tak szczerze, inspiracją do dzisiejszego postu była Judyta, kusicielska i fatalna, skąpana w złocie morderczyni z obrazu Gustava Klimta. Miałam być taką nieprzystępną, okrytą złotem istotą. Długo myślałam nad tym jakiego bloga tak naprawdę chce prowadzić. I zdałam sobie sprawę, że nie chcę być ani na siłę modna ani oryginalna. Chce pokazywać i pisać tylko to co mi się podoba, co jest zgodne ze mną i z moją życiową filozofią. Do napisania tego postu zafascynowało mnie akurat uwodzicielskie złoto Gustava Klimta i razem z moją niezastąpioną "ekipą" staraliśmy się zrobić coś wyjątkowego, stworzyć ze mnie, stylizacji, otoczenia pewną całość (a przy okazji Japończycy, którzy także robili mi zdjęcia, pomyśleli zapewne, że tak się w Polsce nosi :p). Zresztą szczerze mówiąc, zamiast wyrastających jak grzyby po deszczu klonów z wystaw sklepowych, wolałabym już, żeby polskie ulice zalała fala pewnych siebie kobiet "okutanych" właśnie w chusty. Nie lubię uogólnień, ale jednak większości Polaków brakuje tego czegoś w stroju, tego indywidualnego stylu. Polska ulica chce być oczywiście modna, kupuje mnóstwo "modnych" rzeczy, jest obeznana w "światowe" trendy... Ale w efekcie mamy tak samo ubrany tłum polskich "trendsetterów".

Honestly: Judith - a seductive and disastrous, suffused with gold murderer from Gustav Klimt's painting was an inspiration to make this post. I was to be such an unapproachable, gold-plated creature/being. I was reflecting a long time which path my blog should follow. And I have realised that I want to be neither trendy nor original at a push. I only want to show things compatible with me, my lifestyle, my own philosophy. Making this post I was inspired by Gustav Klimt's seductive gold, by his work and together with my indispensable 'crew' we were trying to make something special, to create of myself, my outfit, setting such a entirety (and by the way, the group of Japanese tourists, who were also taking photos of me, arguably have thought that this is the style of Polish girls ;p). Otherwise, frankly, instead of springing up clones from window displays I would like to see Polish streets covered with self-assured women, muffled up in scarves. I do hate generalisations, but according to me most of the Polish don't have this 'oomph' in their outfits, this individual style. Of course Polish streets want to be 'trendy'. People, especially young ones tend to buy a great deal of 'fashionable' clothes, they have got some sound knowledge of 'world fashion'... But the result isn't impressive, on Polish streets we can observe alike dressed crowd of Polish 'trendsetters'.

Aber um ehrlich zu sein, war Judith, die verführerische, fatale, im Gold gebadete Mörderin aus Gustav Klimts Gemälde, die Inspiration für den heutigen Beitrag. Ich wollte ein reserviertes, vom Gold überhangenes Wesen sein. Ich habe lange über mein Traumblog nachgedacht, wie es überhaupt aussehen soll. Und jetzt bin ich sicher, ich will weder modisch noch original mit der Holzhammermethode sein, ich möchte nur das zeigen, schreiben was mir wirklich gefällt und meiner Lebensphilosophie entspricht. Zu diesem Beitrag hat mich das verführerische Gold von Klimt inspiriert und zusammen mit meinem unersetzbaren 'Team' haben wir versucht, etwas Besonderes zu machen, von mir, meiner Kleidung, der Umgebung das Ganze zu schaffen (und gelegentlich eine Gruppe von japanischen Touristen, die mir auch Fotos gemacht haben, haben bestimmt gedacht, dass mein Outfit unter Polen groß in Mode ist :p). Außerdem, ehrlich gesagt, anstatt immer wieder Klonen aus Schaufenstern zu sehen, hätte ich lieber, dass die polnischen Straßen von selbstbewussten Frauen (in Tüchern 'eingemummelt') überflutet werden. Obwohl ich Verallgemeinerungen nicht mag, muss ich zugeben, dass der Mehrheit der Polen etwas in ihrem Outfit fehlt und zwar einen solchen individuellen Stil. Die polnischen Straßen wollen natürlich in Mode sein. Immer mehr Leute (besonderes diese jungen) kaufen eine Menge der 'modischen' Sachen, sind vertraut mit 'globalen' Trends... Aber als Ergebnis haben wir eine gleich gekleidete Menge der polnischen 'Trendsetters'

Judith and the Head of Holofernes and Avenue in Schloss Kammer Park













Wiem, że to dziwnie zabrzmi w ustach byłej zakupoholiczki ;p, ale coraz bardziej przekonuję się do tego by kupować mniej, tylko rzeczy wyjątkowe i dobre jakościowo. Myślę, że właśnie jednym z problemów polskiego społeczeństwa jest stawianie na ilość, nie na jakość. Oczywiście powoli wychodzimy ze tego stanu zachłyśnięcia się kapitalizmem, ale ten proces zmian będzie jeszcze trochę trwał... Przeciętna Polka woli kupić dużo takich samych, marnych jakościowo ciuchów, które założy tylko raz, a niżeli jedną porządną rzecz, która będzie pasować do reszty jej garderoby, stylu i będzie ją nosić przez lata. Nie oznacza to też oczywiście, że wszystko to, co dobre jakościowo musi być niewyobrażalnie drogie. Jest różnica między ubraniem tanim a niedrogim. W ubraniu tanim wygląda się po prostu tanio. A ubranie niedrogie to takie, na które nie wydaliśmy majątku, ale jest niepowtarzalne i dobrze wykonane. Warto zwracać uwagę na materiały, szwy. Obecnie większość marek luksusowych i sieciówki to równorzędni gracze. Ubrania są robione w takich samych fabrykach, jakość jest podobna, także ceny coraz bardziej się wyrównują. Nie jest to złe, jest to naturalny proces globalizacji.

I do realise it sounds a little bit funny when an ex-shopaholic is saying that ;p, but I must say that recently I have been encouraging myself more and more to buy less and only exceptional and high quality clothes. I'm sure that one of the problems of Polish society is buying many but low quality things. Obviously, we are leaving slowly this state of capitalism-swoon, but I'm afraid this change process will last for some time... The average Polish woman prefers to buy many, pretty similar, low quality clobber she will wear only once than to invest in something really good that suits her style, her closet. However it doesn't mean that all of high quality stuff must be inconceivably expensive! There is a difference between cheap and inexpensive clothes. Wearing cheap clothes you look simply cheap and wearing inexpensive clothes you can look like the megabuck, but you don't spend a lot of money. It's really worth paying attention to materials and seams. Nowadays most of luxury brands and high-street shops have the same target market. Clothes are produced in the same factories, the quality is quite similar, prices are equalised more and more too. It isn't wrong, this is the natural process of globalisation.


Ich weiß, es kann ein bisschen komisch klingen, wenn das die ehemalige Shopaholic schreibt, aber immer stäker überzeuge ich mich davon, weniger zu kaufen und zwar nur einzigartige Kleidungen von guter Qualität . Ich finde, dass eines der Probleme der polnischen Gesellschaft ist, dass sie höher Quantität als Qualität schätzt. Natürlich gehen wir langsam aus diesem Verschlucken von Kapitalismus hinaus, aber dieser Änderungsprozess muss noch ein bisschen dauern... Die durchschnittliche Polin kauft lieber eine große Menge der gleichen Kleidungen von schlechter Qualität , die sie sich nur einmal anzieht, anstatt eine, aber sehr festgemachte Sache zu finden, die zu ihrem Stil und ihrer Garderobe passt und die sie jahrelang tragen wird. Aber das bedeutet selbstverständlich noch lange nicht, dass alles, was guter Qualität ist, sofort sehr teuer sein muss. Billige Kleidung unterscheidet sich von preisgünstiger Kleidung. Wenn man eine billige Kleidung trägt, sieht man einfach billig aus und wenn man sich ein preisgünstiges Kleidungsstück anzieht, kann man wie Million Dollars aussehen, ohne die Umsumme auszugeben. Es lohnt sich, auf Materialien und Nähte aufmerksam zu werden. Heutzutage hat die Mehrheit der Luxusmarken und Ketten den selben Zielmarkt. Kleidungen werden in selben Fabriken produziert, die Qualität ist vergleichbar, auch Preise gleichsetzend. Es ist nicht schlecht, das ist der natürliche Prozess der Globalisierung.

Minęły czasy tej magii, pewnego rodzaju intymności między wytwórcą a klientem. Czasy, kiedy każde ubranie, buty, torebka była wykonywana ręcznie, z najlepszych materiałów, bez cięcia kosztów, bez ogromnego nakładu. Żyjemy w czasach przesycenia, w czasach, w których luksus jest dostępny dla każdego. W każdym miejscu na ziemi możemy kupić to samo, tak samo opakowane, z taką samą obsługą (efekt mcdonaldyzacji - hamburger wszędzie smakuje tak samo). Jednak od pewnego czasu powstaje nowy klan. Klan złożony z projektantów, których zmęczyła ciągła pogoń za zyskiem, chcą powrócić do tej prawdziwej, tradycyjnej mody. Jednym z nich jest Tom Ford, znany i wybitny projektant, który opuścił Gucci, by stworzyć własną, niszową markę, robiącą tylko rzeczy na zamówienie.

The old good days are definitely gone, the times of magic, this particular relationship between a producer and a client. The days when every item of clothes and pair of shoes, bag were handmade, only from the best materials, without cost-cutting, without enormous circulation. We are living at the time when luxury is available for nearly everyone. Worldwide you can buy the same thing, in the same package, with the same service ( the effect of McDonaldization - a hamburger tastes everywhere alike). But since some period of time a new clan in fashion world has split away. The clan of designers who are tired of a constant pursuit of profits, they want to get back to this real, traditional fashion. One of them is Tom Ford, a magnificent designer who left Gucci in order to crate his own, niche brand which makes only bespoke things.

Die alten, magischen Zeiten sind leider vorbei, die Zeiten von Intimität, spezieller Beziehung zwischen Hersteller und Kunden. Die Zeiten, wenn jedes Kleidungsstück, Schuhe, Taschen handgemacht wurden, aus den besten Materialien, ohne Kostenkürzungen, ohne große Auflage. Heutzutage leben wir in den Zeiten der Sättigung, jetzt ist Luxus für jeden zugänglich. Weltweit können wir die gleichen Sachen kaufen, die identisch verpackt sind und vom gleichen Service verkauft werden (der Effekt von McDonaldisierung - der Hamburger schmeckt überall genauso). Doch seit einiger Zeit ist ein neuer Clan entstanden, der aus Modedesignern besteht, die schon müde sind, die ganze Zeit nach dem Profit zu streben. Sie wollen zu dieser echten, traditionellen Mode zurückkehren. Einer von Ihnen ist Tom Ford, der bekannte Modedesigner, der Gucci verlassen hat, um seine eigene Nischenmarke zu gründen.

Wierzę, że przyszłość należy do małych sklepów, że wróci ten bezpośredni kontakt. Czy nie było by miło wejść do sklepu, w którym wszyscy Cię znają, projektant, wie w czym najlepiej się czujesz, wyglądasz? Razem tworzycie coś pięknego, jest to pewnego rodzaju symbioza... od razu przed oczami staje mi Hubert de Givenchy i Audrey Hepburn, ale to już inna historia, może na kolejny post? ;)

I truly believe that future of fashion belongs to small stores, that this direct contact will be back. Wouldn't it be so nice to enter the store where everybody knows you and welcomes warmly, where designer knows perfectly well what does suit you, what makes you feel like a princess? And then both of you create together something simply beautiful, this is some sort of symbiosis... like Hubert de Givenchy and Audrey Hepburn, but this is another fascinating story, maybe for one of my next posts ;)

Ich bin guter Hoffnung, ich glaube, dass die Zukunft der Mode zu den kleinen Geschäften gehören und dieser direkte Kontakt zurückkommen wird. Wäre es nicht schön, wenn man in ein Geschäft eintreten würde, wo alle uns kennen, Modedesigner genau weiß, was uns am besten passt, worin wir uns am schönsten fühlen? Gemeinsam schafft ihr etwas Wunderschönes, es ist eine Art von Symbiose... genau wie Hubert de Givenchy und Audrey Hepburn, aber das ist schon eine andere Geschichte, vielleicht für die nächste Notitz? ;) 

That calls to have the best of both worlds - fashion designer and close friend in one person...;)
Audrey Hepburn and Hubert de Givenchy



Scarf - Hermès, pants - Forever21, shoes - By Larin, earrings - W. Kruk, ring - Coach, bracelets - Swarovski, vintage, watch - Gucci, necklaces - vintage

Photos: Szymon Pawica
Place: Łazienki Królewskie
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...