Friday, 30 May 2014

Why am I a hypocrite and I don't want to be one any more

People from my close friend circle know perfectly well that I have got some strict rules. The rules I follow are unbreakable, please believe me ;) In certain situations, such a blind clinging to the rules is just silly and irritating but this is my philosophy of life and I'm not going to change it. However, for some time I feel like an awful hypocrite and I want to be one no longer. Let this post be my final settlement with my not always too obedient and totally politically correct behaviour. 

Osoby, które znają mnie bliżej wiedzą, że mam zasady. Zasady, których nigdy nie łamię. W niektórych sytuacjach to kurczowe trzymanie się przyjętych zasad jest wręcz głupie i irytujące, ale taką mam już filozofię i na razie nie zanosi się na zmiany. Jednak od jakiegoś czasu czuję się wstrętną hipokrytką i już dłużej być nią nie chcę. Niech ten post będzie rozliczeniem z moim nie zawsze najgrzeczniejszym i całkowicie politycznie poprawnym życiem. 

I was writing about my food philosophy and eating habits in a very comprehensive post almost exactly a year ago and now it is pretty hard for me to summarise it in just a couple of sentences. Of course you can say that it is only a healthy way of eating, but this statement is in no way exhaustive, it is only a kind of a pretext to reflect on this issue more profoundly. One proper diet does not exist, everyone should find their own way, and I don't deny any. My way of eating was influenced by many various factors: different people, situations, travels... It seems to me that at this point I'm very aware of my system, I know what it really needs and what it expects from me. We understand each other pretty well, get on and most of all we are able to listen to each other.

O swojej filozofii jedzenia pisałam prawie dokładnie rok temu w baaardzo obszernym poście i teraz trochę trudno jest mi ją streścić w tylko paru zdaniach. Bo oczywiście można napisać, że jest to po prostu zdrowy sposób odżywiania, ale to stwierdzenie w żaden sposób nie wyczerpuje tematu, jest jedynie pewnego rodzaju pretekstem do zastanowienia się, poszukania głębiej. Nie ma jedynej właściwej diety, każdy powinien znaleźć swoją drogę, a ja żadnej nie neguję. Na moją filozofię jedzenia miało wpływ wiele czynników: różni ludzie, sytuacje, podróże... Wydaje mi się, że w tym momencie jestem bardzo świadoma swojego organizmu, wiem czego potrzebuje oraz czego ode mnie oczekuje. Rozumiemy się dobrze i co najważniejsze potrafimy siebie słuchać. 

But why do I feel like a hypocrite? I do love cooking, but looking at happy people with my dishes gives even more pleasure. But unfortunately here I often cut corners because while cooking for myself I always put in first place the value and healthiness of food, but preparing every single dish for my friends and guests I'm focused primarily on taste, using PROHIBITED products. And of course you can say that I'm exaggerating, because actually I've never sink to the level of using of ready-products, and using sugar or white flour is not a crime after all however it depends for whom). But still, I feel that my dealing was not quite right. It was a betrayal of my own beliefs. I've always wanted to promote healthy eating habits and prove that if you want to change your diet you don't need to give up the pleasure of eating. But I've disappointed, especially myself.

Jednak dlaczego czuję się hipokrytką? Uwielbiam gotować, ale jeszcze większą przyjemność sprawia mi dawanie poprzez moje potrawy radości innym. I niestety tu zazwyczaj szłam na skróty, bo o ile gotując dla siebie zawsze stawiam na pierwszym miejscu wartościowość i zdrowotność danej potrawy, o tyle przygotowując jakieś danie dla znajomych skupiałam się przede wszystkim na smaku, wykorzystując przy tym produkty ZAKAZANE. I oczywiście można powiedzieć, że przesadzam, bo w końcu nigdy nie zniżyłam się do poziomu korzystania z produktów gotowych, a używanie cukru czy białej mąki przecież nie jest przestępstwem. Ale jednak czuję, że moje postępowanie nie było do końca w porządku. Było zdradą własnych poglądów. Zawsze chciałam propagować zdrowe nawyki żywieniowe, pokazywać, że zmieniając swoją dietę nie trzeba wcale rezygnować z przyjemności jedzenia. A jednak zawiodłam, przede wszystkim siebie. 

I do not want to cook playing a double game anymore. Since this very moment I will share the recipes I find not only tasty, but also valuable. Don't worry, I'm not going to lurch from one extreme to another, sometimes I'm also planning to publish some various 'sinful' recipes ;) But since now I shall not cut corners, at last then the satisfaction is much bigger.
For a good start these are three little modified by myself recipes from a very tasty (visually as well) application 'Whole Pantry'. I'm recommending them to you from the very deep of my heart. The solemn dinner of my Mother in her very day was a tremendous success :)

Nie chcę już tak dłużej gotować na dwa fronty. Od tego momentu będę się z Wami dzielić przepisami, które naprawdę uważam nie tylko za smaczne, ale i wartościowe. Bez obaw, nie zamierzam popadać w żadne skrajności, planuję także czasem publikować różne 'grzeszne' przepisy ;) Ale od tej pory nie będę już iść na łatwiznę, w końcu wtedy satysfakcja jest dużo większa. 
A oto na dobry początek trzy trochę zmodyfikowane przeze mnie przepisy z bardzo smacznej (także wizualnie) aplikacji 'Whole Pantry'. Z czystym sercem mogę je polecić pod każdym względem. Uroczysta kolacja mojej Mamy w dniu jej święta była bardzo udana :)

Macadamia & Caramel Cheesecake

Crust/ Spód 
150 grams sunflower seeds/ 150 gram nasion słonecznika
115 grams shredded coconut/ 115 gram wiórków kokosowych
60 mL honey/ 60 mL miodu
1 tablespoonful coconut oil/ 1 łyżka oleju kokosowego
1 pinch of sea salt/ szczypta soli morskiej

Grind the sunflower seeds and coconut in a blender. Add remaining ingredients and mix them gently together until mixture is coated and comes together. Flatten mixture out into an even base of a 20cm form tin. Store in fridge whilst making the filling. // Mielimy nasiona słonecznika razem z wiórkami kokosowymi w blenderze. Dodajemy pozostałe składniki i miksujemy całość na gładką masę. Rozprowadzamy masę na dnie 20cm formy do ciasta tworząc spód naszego orzechowego sernika. 

Filling/ Nadzienie: 
240 mL coconut cream/ 240 mL mleczka kokosowego
125 grams macadamia nuts/ 125 gram orzechów makadamia 
100 grams hazelnuts/ 100 gram orzechów laskowych 
120 mL coconut oil/ 120 mL oleju kokosowego
60 mL honey/ 60 mL miodu
vanilla bean/ laska wanilii 
1 lemon, juice/ sok z 1 cytryny

In a blender, add the ingredients and blend until creamy texture is achieved. Pour filling on a top of crust, place in fridge whilst making the caramel. // Używając blendera miksujemy wszystkie składniki do uzyskania gładkiej, kremowego masy. Wylewamy masę na gotowy spód ciasta i wkładamy do lodówki na czas przygotowywania karmelu. 

Caramel Topping/ Polewa karmelowa
 18 pitted medjool dates/ 18 daktyli bez pestek
120 mL coconut cream/ 120 mL mleczka kokosowego

In a blender, blend dates until a paste is formed, add coconut cream and mix in a blender together. Top the cheesecake with the date sauce and some hazelnuts. // Miksujemy daktylę na gładką pastę, dodajemy mleczko kokosowe i miksujemy jeszcze przez chwilę do połączenia składników. Dekorujemy nasz sernik polewą karmelową i orzechami laskowymi. 

Salad with Roasted Beets

4 medium sized beets/ 4 średnie buraki 
75 grams rocket/ 75 gram rukoli
1 pear, thinly sliced/ 1 cienko pokrojona gruszka
100 grams pecans, roughly chopped/ 100 gram grubo posiekanych orzechów pekan 
olive oil, balsamic vinegar, sea salt, black pepper, some lemon juice (optionally some dried herbs)/ oliwa, ocet balsamiczny, sól morska, czarny pieprz, trochę soku z cytryny (ewentualnie jakieś suszone zioła) 

sweet mustard dressing/ słodki dressing musztardowy 
1 tablespoonful dijon mustard/ 1 łyżka musztardy dijon
2 teaspoonfuls maple syrup/ 2 łyżki syropu klonowego
2 tablespoonfuls olive oil/ 2 łyżki oliwy

Add all ingredients into a small bowl and mix well to combine. // Wszystkie składniki dokładnie łączymy w małej misce. 

Preheat oven to 220 Celsius degrees. Prepare beets by scrubbing and washing well. Slice off the ends and cut into half. Cut each half into quarters. Place cut beets on lined baking tray, drizzle with olive oil and season with salt and pepper (optionally some dried herbs). Roast for 35 minutes. In the meantime prepare the pear. Place the thinly sliced one on a plate and drizzle it with some olive oil, balsamic vinegar and lemon juice and season with a pinch of salt and pepper. Store in fridge. Just before serving, in a large bowl, add all ingredients and toss through. Serve on plates and dress with prepared dressing. // Nagrzewamy piekarnik do 220 stopni. Dokładnie myjemy i obieramy buraki. Obcinamy końce i tniemy na 8 części. Wkładamy przygotowane buraki do wyłożonego papierem do pieczenia naczynia żaroodpornego, skrapiamy oliwą i przyprawiamy szczyptą soli i pieprzu (ewentualnie suszonymi ziołami). Buraki pieczemy przez 35 minut. W międzyczasie przygotowujemy gruszkę. Wykładamy cienko pokrojoną na talerzu i skrapiamy odropiną oliwy, octu balsamicznego i soku z cytryny oraz przyprawiamy szczyptą soli i pieprzu. Wkładamy do lodówki. Tuż przed podaniem delikatnie mieszamy wszystkie składniki w dużej misce. Sałatkę podajemy na talerzu polaną przygotowanym wcześniej dressingiem.

Express Chocolate Mousse

2 large, ripe bananas/ 2 duże, dojrzałe banany
½ ripe avocado/ ½ dojrzałego awokado
30 grams cacao powder/ 30 gram kakao
½ teaspoonful ground cinnamon/ ½ łyżeczki cynamonu
1 tablespoonful maple syrup/ 1 łyżka syropu klonowego
1 tablespoonful orange juice/ 1 łyżka soku pomarańczowego
some orange peel/ starta skórka pomarańczowa

Add all ingredients to a blender and blend until smooth and combined. Top with nuts and orange peel if desired. // Miksujemy wszystkie składniki w blenderze do uzyskania jednolitej, gładkiej konsystencji. Mus podajemy posypany posiekanymi orzechami i startą skórką pomarańczową (inne kombinacje także mile widziane :))

Photos: Oleszka

Wednesday, 21 May 2014

Florida in January


After more than four months of my rehab program, I'm more than convinced that my addiction to the blogosphere is much stronger than I could even imagine and unfortunately none detoxification is able to help me. My blog and me are stuck with each other and we should at least try to live together peacefully (but in moderation of course ;)). 

Po ponad 4-miesięcznym odwyku stwierdzam, że moje uzależnienie od blogosfery jest jednak znacznie silniejsze niż się spodziewałam i żadne tu detoksy nie pomogą. Po prostu ja i mój blog jesteśmy na siebie skazani i musimy spróbować jakoś w miarę bezkonfliktowo ze sobą żyć. 

At the beginning I would like to congratulate you my lovely blog on your birthday, 30 April at 11.45 p.m. you became two years old, and I didn't celebrate this very occasion and even I didn't drink for that or send you best wishes you well deserve. I'm sorry about that, but I do hope you understand (actually who can do it better than you? ;)). And now when I'm relieved a little bit, let me pass to the main part of today's post about my January (yes I know just in time :P) stay in Florida.
Usually my travel coverages are terribly long (I really don't know who wants and is able to read them ;)), but today, I haven't got a clue whether it is because of such a long break or the fact my mind is blank but I haven't got any idea what to write.

Na początku chciałabym Ci mój blogu pogratulować z okazji urodzin, 30 kwietnia o 23.45 skończyłeś 2 lata, a ja tego nie opiłam i nawet Ci życzeń nie złożyłam. Bardzo mi przykro z tego powodu, ale mam nadzieję, że zrozumiesz (w końcu kto jak nie Ty ;)). A teraz jak mi już trochę lżej na duszy pozwolę sobie przejść do części zasadniczej dzisiejszego wpisu czyli relacji z mojego styczniowego (tak wiem, że bardzo na czasie :P) pobytu na Florydzie. 
Zazwyczaj moje relacje z podróży są nieprzyzwoicie długie (naprawdę nie wiem komu chce się to czytać ;)), ale dziś, nie mam pojęcia czy to z powodu tak długiej przerwy czy może totalnej pustki w głowie, nie wiem za bardzo co napisać. 

Let's start with the interpretation of the title which in the case of this post seems to be the clue. Because it wasn't just a stay in Florida, it was a stay in Florida in JANUARY, and that very fact, believe me or not, changes a lot. I'm not a huge fan of exactly this part of the USA, but I was lucky enough to be there in summer many times. This year I've visited Florida in winter for the very first time and after my objective analysis I have to emphasize that this state in these two seasons of the year differs really and truly. I can even say that these are completely different worlds. I've always associated holidays in Florida with the total freedom, style (which hardly can be called a style :P). Most people don't give a damn what they are wearing at the moment. Loose-fitting T-shirts, shorts, track suits, pajamas? and probably the ugliest trousers in the world - pedal pushers dominate. You still need to know that not only beautiful models with ideal body shape rest on the beach as some of you can visualize probably the most well-known city in Florida - Miami. Even an average person has got a free entrance to internationally famous South Beach (although when I was there for the first time, somehow at the age of 10 years old, the section with rainbow flags has aroused my greatest interest... if you know what I mean ;)). In fact, ordinary families with children are the majority of holiday makers, actually Orlando is the place where you can find the biggest amusement parks with pocketful of various attractions (I recommend the Walt Disney World Resort and Universal Studios Florida) a lot of water parks and above all dolphinariums (after my first visit to this place, I've started to dream that in the future I will work with the dolphins ... oh, maybe someday ..).

Zacznijmy od interpretacji tytułu, który w przypadku tego postu wydaje się to być kluczowym. Bo to nie był po prostu pobyt na Florydzie, to był pobyt na Florydzie w STYCZNIU, a to, uwierzcie mi na słowo, naprawdę wiele zmienia. Nie jestem może jakąś ogromną entuzjastką akurat tej części USA, ale miałam okazję (szczęście) wielokrotnie przebywać w lecie w tych właśnie rejonach. W tym roku pierwszy raz wybrałam się na Florydę w miesiącach zimowych i po mojej w miarę obiektywnej analizie stwierdzam, iż ten stan latem a zimą to dwa zupełnie różne światy. Wakacje na Florydzie kojarzyły mi się zawsze z totalnym luzem, swobodą, stylem (który jednak trudno nazwać stylem :P). Większość ludzi ma naprawdę w głębokim poważaniu co akurat w danej chwili ma na sobie, królują obszerne T-shirty, szorty, dresy, piżamy? i chyba najgorszy krój spodni na świecie - rybaczki. Trzeba jeszcze w tym miejscu dodać, że większość odpoczywających to jednak nie modelki o idealnych kształtach, jak niektórzy mogą sobie wizualizować chyba najbardziej znane miasto na Florydzie - Miami. Nawet na przesławną South Beach także przeciętne jednostki mają wstęp wolny (chociaż gdy byłam tam pierwszy raz, jakoś w wieku 10 lat, to największe zainteresowanie wzbudziła we mnie sekcja z tęczowymi flagami... jeśli wiecie co mam na myśli ;)). Tak naprawdę większość odpoczywających to po prostu zwyczajne rodziny z dziećmi, w końcu to właśnie w Orlando są największe i chyba zrobione z największym rozmachem parki rozrywki (polecam Walt Disney World Resort i Universal Studios Florida) oraz przeróżne parki wodnej rozrywki i przede wszystkim delfinaria (po pierwszej wizycie w tym miejscu zaczęłam marzyć, że kiedyś w przyszłości będę pracować z delfinami... ech, może kiedyś..). 



When last summer I was planning to visit California for the first time, I was expecting a place very similar to Florida (only with the different ocean). But I was of course at fault. I'm not going to write volubly about California now, eventually according to me I've written enough in my previous posts. I'd just like to point out that California is a way of life, behavior, fashion and so on... and Florida is such a positive sunny place where you can relax, have some good fun, laugh, eat delicious seafood, go on shopping spree or drink freshly squeezed orange juice (actually the best one in the entire USA), but still nothing more. You can see it pretty well during the wintertime, when the seaside towns just freeze. It is very possible that I've visited Florida during the coldest week of this year: although it was sometimes sunny, it was raining a lot and in mornings everything was veiled in mist. You couldn't see anything in this dense fog! I would never suspect Florida for such a special mood - peace and quiet, delicate drizzle, milky, dense fog... in my opinion this is an absolutely perfect weather for jogging, walking around by the sea and thinking through some issues (what for a high school graduate is especially important ;)). At the beginning I always feel in such places quite strange. I'm a keen traveler, I love visiting interesting cities with many attractions where I can plan out what to see, eat, which museums to visit... But sometimes it is worth easing off just a bit and nothing bad will happen, trust me (this is a piece of advice for workaholics from a work addict ;)) .

Kiedy w zeszłym roku pierwszy raz wybierałam się do Kalifornii to spodziewałam się właśnie takiej Florydy (tylko z innym oceanem). Jednak byłam w błędzie i to bardzo dużym. Nie będę sie teraz rozpisywać na temat Kalifornii, w końcu już chyba w paru poprzednich postach całkiem dobrze ją opisałam. Po prostu chciałabym podkreślić, że Kalifornia to styl bycia, życia, a Floryda to takie pozytywne słoneczne miejsce, gdzie można odpocząć, zabawić się, pośmiać, zjeść pyszne owoce morza, zrobić udane zakupy czy wypić (w końcu najlepszy w całych Stanach) sok pomarańczowy, ale jednak nic więcej. I widać to doskonale w miesiącach zimowych, kiedy typowo wypoczynkowe nadmorskie miejscowości po prostu zamierają. Ja chyba trafiłam na najzimniejszy tydzień tego roku, było momentami słonecznie, ale dużo padało i czasami zalegała tak gęsta mgła, jakiej chyba jeszcze nigdy wcześniej nie widziałam. Wytworzyła się taka specyficzna atmosfera, o którą nigdy nie podejrzewałabym właśnie Florydy. Cisza, spokój, delikatna mżawka, mleczna, gęsta mgła... pogoda według mnie idealna na delikatną przebieżkę, długi spacer nad morzem oraz przemyślenie paru spraw (co dla maturzysty jest szczególnie ważne ;)). Na początku zawsze czuję się w takich miejscach dość dziwnie. Uwielbiam odwiedzać jakieś ciekawe miasta, z wieloma atrakcjami, zawsze sobie wtedy dokładnie planuję gdzie pójdę, jaką wystawę zobaczę, jaką restaurację odwiedzę... Czasami chyba jednak warto powiedzieć sobie stop i może być naprawdę przyjemnie (taka rada na pracoholików od pracoholiczki ;)). 



I do not want to make any declarations, but my blog gives me a lot of pure pleasure (not a guilty one of course) and that's why I'll try to write here more often. In the nearest future a lot in my life will probably change, but I do hope that I will have the same passions I want to develop and share on my blog. Wish me luck :)

Nie chcę robić żadnych deklaracji, ale prowadzenie bloga sprawia mi dużo przyjemności, dlatego postaram się tu częściej wracać. W najbliższej przyszłości zapewne wiele się w moim życiu zmieni, ale mam nadzieję, że dalej będę miała różne pasje, które będę chciała rozwijać i dzielić się nimi na blogu. Życzcie mi szczęścia :)






Photos: Oleszka/Mamulka
Place: Clearwater, Florida, USA

Sunday, 2 February 2014

My London impressions part 2

Zapraszam Was na drugą część moich londyńskich wrażeń. Już nie będę pisać żadnych wstępów, bo post sam w sobie i tak jest zdecydowanie za długi (czyli w sumie wyszło jak zwykle ;)). 

Let's watch the second part of my London impressions. I'm not going to write any introductions, because today's post is on its own far too long (all in all it came out as always ;)).

Zacznijmy od Portobello Road, czyli miejsca wręcz idealnego dla wszelkiej maści zakupoholików czy może raczej miłośników 'grzebania'. Tak, to tutaj znajduje się ten sławetny pchli targ i po prostu zatrzęsienie różnych sklepów vintage. Ech... Niestety nie dane mi było spokojne przejrzenie tych wszystkich perełek, ponieważ mój plan był dość napięty i nie przewidywał całego dnia zakupów. Ale przynajmniej przeszłam się po tej uroczej okolicy (tak, to tam są te kolorowe domki (te z 'Notting Hill') przy których każdy robi sobie zdjęcia, w tym ja :P) i dodatkowo zza chmur wyszło słońce. Było naprawdę pięknie :)

Let's start our journey from the Portobello Road, the place almost ideal for all kinds of shopaholics or rather lovers of various clutter but of course these unique ones. Here you can find this famous flea market and heaps of different vintage shops. Aargh... unfortunately, I wasn't able to browse reviewing thoroughly all these knick-knacks, because my schedule was pretty tight and it didn't project the whole day shopping. But at least I walked around this charming area (yes, there are those colorful houses (those in 'Notting Hill') at which each takes pictures, including me obviously :P) and the sun was out as well. It was a really beautiful stroll :)



Skoro już jesteśmy w temacie można powiedzieć 'handlowym', to chciałabym poruszyć jeszcze jedną ważną dla mnie kwestię. Jestem osobą, która niestety lubi w pewien sposób kategoryzować, systematyzować, szukać najróżniejszych powiązań i tak dalej..., i właśnie dlatego od pewnego czasu próbuję określać różne kraje/nacje pod względem tego w czym są najlepsze, czym wybijają się na tle innych. Czy na przykład kreatywność jest ich mocną stroną czy dobrze sprawdzają się w skomplikowanej produkcji, precyzyjnym wykonaniu albo czy może w liczbie odkryć naukowych biją inne na głowę. A jacy są Ci Brytyjczycy? Co zadecydowało o sukcesie Londynu? Według mnie odpowiedź jest prosta. Po prostu handel. Tak, to właśnie Londyn cały czas jest największym centrum finansowym świata i jakby nie patrzeć to Brytyjczycy mieli największy wkład w tworzeniu innych miejsc, w których codziennie przewijają się fortuny. Mam tu na myśli takie miasta jak Nowy Jork, Hongkong czy Singapur.
A według Was jaki czynnik zadecydował o sukcesie Londynu: uwarunkowanie geograficzne, historia, system rządów czy może najmłodsza gospodarka wolnorynkowa? A może to po prostu żyłka mieszkańców do interesów? ;) 

Since I have begun a topic, in a way 'commercial', I would like to bring up one important issue for me. Unfortunately I am a person who is fond of categorizing systematizing, looking for some interrelations and so forth... and that's why for some time I've been trying to define different countries/nations in terms of what they are good at, what makes them standing out from the crowd. Is the creativity their long suit? Are they good at the complicated production, precise execution? Or maybe they top other countries in a number of scientific discoveries. And how can you describe the British? How has London achieved success? According to me, the answer is really simple. Just trade. Yes, London is still the largest financial center in the world and after all the British have made the greatest contribution to the creation of other places where everyday real fortunes are cropping up. I mean cities such as New York, Hong Kong or Singapore.
And according to you, which factor has contributed to the success of London the most: the geographical conditioning, history, system of government or perhaps the youngest free-market economy? Or maybe it's just the business acumen of the residents? ;)

Cocomaya, 12 Connaught St, London, W2 2AF

W pierwszej kolejności chciałabym podziękować mojemu mistrzowi: Maciejowi Listwan a polecenie mi tego cudownego miejsca :) Ta przeurocza, mała piekarnio-cukiernia umiliła mi pewien londyński poranek. Samo miejsce jest po prostu śliczne. Przytulne, dyskretne, z przemiłą obsługą, wręcz idealne na nieśpieszną poraną kawę (w moim przypadku herbatę ;)) oczywiście z dodatkiem jakiegoś pysznego wypieku! :) 

Firstly I would like to thank my master: Maciej Listwan for recommending me this wonderful place :) This charming, small bakery-patisserie has brightened one of my mornings in London. The place is absolutely lovely! So cozy, discreet, with lovable service, ideal for deliberate half-day coffee (in my case tea ;)) of course with some delicious baking! :



A teraz bardzo mi przykro, znowu będę pisać na temat jedzenia, ale o takim miejscu po prostu nie można nie wspomnieć! Paxton & Whitfield - najstarszy brytyjski sklep z serami i wyrobami mlecznymi, założony w 1742, wybrany przez królową Viktorię na królewskiego dostawcę - to po prostu istny raj dla każdego smakosza serowego. Poza tym słowa Winstona Churchilla 'A gentleman buys his cheese only at Paxton & Whitfield' mówią chyba same za siebie :) Zresztą same odniesienie do dżentelmenów nie jest tutaj przypadkowe. Paxton & Whitfield znajduję się na bardzo znanej (przynajmniej w niektórych kręgach) ulicy -Jermyn Street, na której każdy prawdziwy brytyjski dżentelmen znajdzie coś dla siebie. Koszule, spinki, buty, marynarki, cygara, szelki, brzytwy do golenia..., a wszystko doskonałej jakości, sprzedawane przez stare, brytyjskie, uznane marki (takie jak Turnbull & Asser albo Thomas Pink). Wiem, że jestem płci przeciwnej, ale jestem zakochana w męskich koszulach, muszkach, krawatach i innych podobnych dodatkach... Ech, ten dreszcz na widok pięknej jedwabnej podszewki albo prawdziwej brytyjskiej koszuli z grubej bawełny... nie macie czegoś takiego? ;) 

I do fell sorry, I will write again about the food, but this place is really worth mentioning! Paxton & Whitfield, which is the oldest British cheese and dairy product shop, founded in 1742, chosen on the Royal Warrant holder by Queen Victoria, is simply a paradise for every cheese gourmet. In addition, the Sir Winston Churchill's words: 'A gentleman buys his cheese only at Paxton & Whitfield' say it all :) Anyway, the reference to the gentleman isn't accidental. Paxton & Whitfield is located in a very well-known (at least in some circles) Jermyn Street, in which every true British gentleman can find something for himself. Shirts, cufflinks, shoes, jackets, bracers, cigars, razors for shaving... and all of excellent quality, sold by old, British brands (such a Turnbull & Asser or Thomas Pink). I know I'm the opposite sex, but I'm simply fond of men's shirts, dicky bows, ties and other similar things ... Ah, have you ever felt a thrill of excitement at the sight of a beautiful silk lining or a true British shirt made of thick cotton... or maybe I'm a little weird? ;)

San Carlo Cicchetti, 215 Picasilly | Picadilly Circus, London, W1J9HL

Zważywszy na fakt, że jestem jednak czasami w miarę dobrą córką, pierwszego dnia pozwoliłam mojemu tacie wybrać restaurację (no dobrze, po prostu wiedziałam, że to będzie strzał w dziesiątkę ;)). Ech, co tu dużo pisać. Wszystko było absolutnie boskie... Ja jak zwykle ('rybomaniaczka') zamówiłam kolejne danie rybne do kolekcji i nie zawiodłam się. Lekkie, włoskie przekąski także zadowoliły moje podniebienie, ale chciałabym jeszcze wyjątkowo wspomnieć o pewnym zwykłym/niezwykłym szpinaku, który zamówiłam dodatkowo do dania głównego. Bo na jego przykładzie doskonale widać czym jest kwintesencja kuchni włoskiej. Zwykły, ale niezwykły, bo to przecież w prostocie tkwi siła. Szpinak był tak świetnie doprawiony, że chyba nigdy wcześniej nie jadłam lepszego. Miejsce świetne, klimatyczne, z miłą obsługą i oczywiście Włosi są właścicielami (tak, teraz już wszystko wiadomo... ;)). Gorąco polecam! :) 

Taking into consideration the fact that I am sometimes (but very rarely :P) a good daughter, the first day I let my dad choose the restaurant (okay, I just knew it would be a hit ;)). Eh, what can I say... Everything was absolutely divine... As always I ordered a fish dish (as a real 'fish-freak') and I wasn't disappointed. My palate was delighted by other Italian snacks as well. But I would also like to mention an ordinary/extraordinary spinach which I ordered as a sidedish to the main course, because it is an excellent example of the quintessence of the Italian cuisine. Plain, but unusual, because very often the simplier the better. The spinach was prepared so well I have never eaten better. The place has a great climate, friendly staff and of course the Italians are the owners (yes, yes, now everything is obvious... ;)). I highly recommend this very restaurant! :)



Jamie's Italian, Covent Garden 11 Upper St Martin's Lane, London, WC2H 9FB

Już kiedyś na blogu przyznałam się do mojej gorącej miłości do Jamiego, dlatego będąc w Londynie absolutnie musiałam odwiedzić jedną z jego licznych restauracji. Nie planowałam, że to będzie akurat ta restauracja. Po prostu pewnego wieczoru byliśmy bardzo głodni, a ona nagle ukazała się naszym oczom i... tak tak była włoska (czynnik decydujący). Może to przez godziny szczytu, tłok albo moje zbyt wysokie wymagania, ale niestety restauracja Jemiego jakoś nadzwyczajne mnie nie zachwyciła. Nie mogę powiedzieć, że była zła... po prostu przeciętna. Włoskie pasty, drobne przekąski, ryba, owoce morza - wszystko było w miarę dobre, ale nie wyśmienite czy jakoś wyjątkowo wysmakowane. Poza tym mimo przyjemnej atmosfery czułam się delikatnie zaniedbywana przez obsługę, co było zapewne spowodowane sporą ilością innych gości. Podsumowując, nie było jakoś bardzo źle, ale też nie wybitnie dobrze, grunt, że programy, książki, PRZEPISY Jemiego cały czas trzymają poziom :) 

I have already acknowledged on the blog my passionate love for Jamie and that's why having been in London I absolutely had to visit one of his restaurants. I haven't planned that it would be precisely this very restaurant, but one evening we were sooo hungry, and this restaurant suddenly appeared and... it was the Italian one (a deciding factor ;)). Maybe it was because of the rush hours, crush or my too high expectations, but unfortunately the Jamie's restaurant hasn't ravished me, not al all. I cannot say that it was bad... simply average. The Italian pastas, snacks, fish, seafood - everything was good, but not superb or extremely delicious. Moreover, despite of the pleasant atmosphere I felt slightly neglected by the service  what was probably caused by a large number of other guests. Summing up, the restaurant was nor very bad neither great, but the most crucial thing is that the programmes, books, RECIPES of Jamie keep the level all the time :)


Union Street Café, On the Corner of Great Suffolk Street & Union Street (47-51 Great Suffolk Street), London, SE1 0BS

Zaskoczę Was. Zgadnijcie na jaką kuchnię zdecydowaliśmy się ostatniego dnia...Tak, dobrze! Włoską! ;) Tym razem to ja wybierałam i nieskromnie przyznam, że to był absolutny strzał w dziesiątkę. Można co prawda nie przepadać za Gordonem, ale nigdy nie powinno podważać się jego kulinarnych zdolności, bo są po prostu wybitne. Oczywiście, że to jest tylko kolejna z jego baaaardzo licznych restauracji, ale naprawdę trzyma poziom godny samego Gordona. Wszystko, zarówno wnętrze jak i obsługa, ach... i jeszcze jedzenie było absolutnie doskonałe. Smak, podanie, faktura potraw były na naprawdę najwyższym poziomie. Powiedziałabym, że to prostota kuchni włoskiej w połączeniu z pewną niespodzianką, czymś nieoczywistym dawały taki efekt. W każdym razie to była chyba najlepsza restauracja z całego wyjazdu, więc naprawdę bardzo, bardzo gorąco polecam! :) 

I will surprise you. Guess which cuisine we chose the very last day... Yeah, right! The Italian one! ;) This time it was me who has decided which restaurant to go to and I have immodestly to say that it was an absolute bull's eye. Although you don't have to be keen on Gordon, but you should never undermine his culinary abilities, because they are simply outstanding. Of course, this restaurant is just another one of plenty of his restaurants, but it does keep the level worthy of the Gordon. Everything, both interior and service... and at last but never the least the food was absolutely excellent. The taste, appearance, texture of dishes were really top-level. I would say that the simplicity of Italian cuisine combined with some surprise, something not obvious gives such an effect. In any case, it was probably the best restaurant of the entire trip, that's why I recommend it very very much :)



Wiadomo, że skoro Design Museum zdecydowało się wziąć na warsztat twórczość Paula Smitha to musiało powstać z tego jakaś wyjątkowa wystawa. Może najpierw przedstawię Wam Paula, bo nie wiem czy wszyscy go kojarzycie. Hmmm... pewnie każdy z Was kojarzy kratkę Burberry, a czy różnokolorowe paski coś Wam mówią? Bo to jest właśnie znak rozpoznawczy Paula Smitha, baaaardzo brytyjskiego projektanta, który znany jest ze swojej miłości do klasyki, ale z jakąś nieoczywistą niespodzianką, np. do klasycznego garnituru różowe skarpetki, do marynarki jakiś kolorowy guzik albo jakaś szalona podszewka... styl określany jako: 'classic with a twist'. Smith zaczynał pod koniec lat 70-tych, a jego pierwszy sklep miał około 3 metrów kwadratowych. Projektant nigdy nie robił niczego na siłę, po prostu pracował i jak sam mówi miał to szczęście, że znalazł równowagę pomiędzy sprzedażą kolekcji do sklepów na całym świecie, prowadzeniem własnego sklepu i dodatkowo niezależną twórczością. A   do samej wystawy to trzeba przyznać, że jest bardzo kolorowa, pozytywna i inspirująca jak sam projektant. Design Museum świetnie wszystko przygotowało przede wszystkim od strony wizualnej. Pokój, cały obwieszony obrazami, robi wrażenie, tak samo zresztą pracownia, w której pracuje Paul. Poza tym możemy podziwiać także kolekcje projektanta, zdjęcia z magazynów oraz różne inne mniej lub bardziej prywatne przedmioty. Sama wystawa skupia się przede wszystkim na odczuciach wizualnych i estetycznych, nie jest to może ekspozycja, która jakoś niesamowicie poszerzy naszą modową wiedzę, ale na pewno wywoła uśmiech i zainspiruje :)

One thing is certain: if the Design Museum decided to get down to the Paul Smith's work, it must arise a really unique exhibition. Firstly I will present you Paul, because I'm not sure whether everyone knows him. Hmmm.. probably all of you associated British fashion with Burberry checker, but do multicolored stripes connote you something? Because this is the hallmark of Paul Smith: soooo British designer, who is known for his love of the classics, but with some non-obvious surprise, for example: a classic suit with bright-pink socks, a jacket with one colorful button or a crazy lining ... style described as 'classic with a twist'. Smith has started his carrier in the late 70s, his first store was about 3 square meters big. The designer has never done anything by force, just worked and as he has said, he is lucky to have found a balance between selling the collection to the stores all around the world, running his own shop and additionally freelance work. Coming back to the exhibition I must admit that it is so colorful, positive and inspiring as the designer himself. Design Museum has focused most of all on the visual side of the exhibition. A room which is entirely hung with paintings impresses, much like the atelier where Paul works. Besides, we can also admire the designer collections, photos from magazines and other more or less private objects. The exhibition focuses primarily on visual and aesthetic feelings. Maybe it isn't a kind of an exposition which broadens incredibly our knowledge about the fashion, but it definitely inspires and evokes a smile :)





'Club to catwalk London fashion in the 1980s', Victoria and Albert Museum 

Zacznę o tego, że niestety nie mam zdjęć z tej wystawy, bo jakiekolwiek fotografowanie było zabronione :/ A te które widzicie poniżej są z stałej ekspozycji, przedstawiającej w skrócie wszystkie epoki w historii mody. Wszystko ładnie i przejrzyście pokazane. Dla osób, dopiero zaczynających swoją przygodę z modą, jest to fajne przypomnienie. Natomiast sama wystawa o modzie lat 80-tych jest absolutnie świetnie przygotowana. Zarówno część wizualna jak i merytoryczna. I co dla mnie najważniejsze - poznałam wiele nowych nazwisk świata mody z tamtego okresu, różne ciekawostki i w końcu najistotniejsze: zobaczyłam lata 80-te z punktu widzenia londyńczyków i londyńskich klubów. Jak to wszystko na siebie nawzajem oddziaływało i jak wreszcie stało się bardzo prężnie rozwijająca się gałęzią brytyjskiej gospodarki, o czym zresztą mówiła sama Margaret Thacher. Naprawdę warto zobaczyć tę wystawę i polecam jeszcze książkę (nazwa taka sama jak wystawa), którą można kupić tam na miejscu w muzeum. Rozjaśnia wiele rzeczy i pozwala lepiej zrozumieć wystawę :) 

Unfortunately, I don't have photos from this very exhibition because taking any shoots there was prohibited :/ And those ones that you can see below present the permanent exhibition which is showing all epochs in the history of fashion at a glance. I would say that everything was shown pretty attractively and clearly. For the people who have just started their adventure with fashion, this very exhibition is a nice reminder. And the target exhibition about the fashion of the 80s is absolutely great prepared. Both the visual and substantive part. And what is the most important to me - I've got to know a lot of new names of the fashion world from that period, some tidbits of news and in the end the most crucial: I have seen years of the 80s from the point of view of Londoners and London clubs. How it all interacted with each other and how the fashion has finally become a very fast growing sector of the UK economy, as Margaret Thatcher has said. This exhibition is really worth visiting and I also recommend the book (a title is the same as the name of the exhibition) you can buy there on the spot in the museum. It brightens a lot and help you understand better the exhibition :)


W tym samym muzeum udałam się jeszcze na wystawę 'Masterpieces of Chinese Painting' , ale polecam ją tylko takim chińskim maniakom jak ja. Moi rodzice, którzy jednak preferują sztukę Zachodu byli trochę znudzeni, za to ja zachwycona! ;) // In the same museum I also visited an exhibition 'Masterpieces of Chinese Painting', but I recommend it only to such Chinese freaks as me. My parents, who rather prefer the Western art, were a little bored, but I was thrilled! ;)

Już kończę, bo post jest chyba rekordowo długi. W każdym razie mam nadzieję, że moje wskazówki będą dla kogoś przydatne podczas jego pobytu w Londynie :) Już Was żegnam i do zobaczenia wkrótce (może z jakiś cieplejszych rejonów? ;)). // I'm finishing this very post because it is probably exceptionally long. In any case, I do hope my tips will be useful for someone during their stay in London :) Goodbye and see you soon (maybe in some warmer areas? ;)).

Photos: Oleszka/Mamulka
Place: London, United Kingdom
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...